MacKay Sue - Lekarze od serca.pdf

(836 KB) Pobierz
Sue MacKay
Lekarze od serca
Tłu​ma​cze​nie
Iza Kwiat​kow​ska
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Tori Wells przy​sta​nę​ła w wej​ściu do sali kon​fe​ren​cyj​nej w Hôtel de Nice. Omia​ta​-
jąc wzro​kiem set​ki twa​rzy, sły​sząc do​oko​ła licz​ne obce ję​zy​ki, ode​tchnę​ła głę​bo​ko,
by od​zy​skać pa​no​wa​nie nad emo​cja​mi.
Uczu​cie ra​do​sne​go ocze​ki​wa​nia na​ra​sta​ło w niej od chwi​li, kie​dy dwie doby wcze​-
śniej sa​mo​lot wy​star​to​wał z lot​ni​ska Auc​kland In​ter​na​tio​nal, a te​raz gro​zi​ło eks​plo​-
zją. Z ra​do​ści mu​sia​ła się po​wstrzy​my​wać, by nie za​tań​czyć. Mia​ła na no​gach pięk​-
ne szpil​ki w ko​lo​rze awo​ka​do. Oczy​wi​ście fran​cu​skie. Ich cena wy​star​czy​ła​by na
wy​ży​wie​nie spo​rej wiel​ko​ści mia​sta, ale tym ra​zem Tori nie mia​ła wy​rzu​tów su​mie​-
nia. Naj​mniej​szych.
Bez chwi​li wa​ha​nia przy​ję​ła za​pro​sze​nie do wzię​cia udzia​łu w tym fo​rum. Wpraw​-
dzie wąt​pi​ła, by świa​to​wej sła​wy spe​cja​li​ści oka​za​li za​in​te​re​so​wa​nie tym, co może
mieć do po​wie​dze​nia le​karz spe​cja​li​sta z No​wej Ze​lan​dii na te​mat pro​ble​mów kar​-
dio​lo​gicz​nych wy​stę​pu​ją​cych u dzie​ci z cho​ro​bą reu​ma​tycz​ną, ale nie po​tra​fi​ła od​-
mó​wić dy​rek​to​ro​wi Fo​rum Kar​dio​lo​gicz​ne​go.
Przy​je​cha​ła​by na​wet gdy​by dok​tor Lec​la​re za​ży​czył so​bie wy​kła​du o wy​ści​gach
śli​ma​ków na pia​sku, po​nie​waż pro​po​zy​cja wi​zy​ty we Fran​cji była aż nad​to ku​szą​ca,
by z niej nie sko​rzy​stać.
Mon​sieur
Lec​la​re mógł​by za​osz​czę​dzić mnó​stwo euro,
gdy​by wie​dział, że jest skłon​na no​co​wać na pla​ży, ale do​trzy​mał obiet​ni​cy, przy​dzie​-
la​jąc jej apar​ta​ment w pięk​nym ho​te​lu z wi​do​kiem na za​pie​ra​ją​ce dech w pier​si Mo​-
rze Śród​ziem​ne. Re​we​la​cja.
A te​raz… Uśmiech​nę​ła się. Te​raz po​pro​sił ją, by po za​koń​cze​niu tej kon​fe​ren​cji
uda​ła się do Pa​ry​ża na spo​tka​nie ze stu​den​ta​mi me​dy​cy​ny. Pa​ryż…
Nie​sa​mo​wi​te. Żeby po​ha​mo​wać roz​pie​ra​ją​ce ją uczu​cie unie​sie​nia, za​ci​snę​ła dło​-
nie w pię​ści i za​ci​snę​ła war​gi.
– Wi​taj, Tori. Szu​ka​łem cię.
Po​wia​ło chło​dem. Ben​ji? Tu​taj? Wcze​śniej za​po​zna​ła się z li​stą pre​le​gen​tów, ale
jego na​zwi​ska tam nie było. Jed​nak to na pew​no jego głos. Od​wróć się i sprawdź.
Nie mo​gła. Bra​ko​wa​ło jej po​wie​trza, a do​bry na​strój prysł.
Zrób to. Spójrz mu w oczy.
Od​dy​cha​jąc mia​ro​wo, od​wró​ci​ła się.
– Cześć, Ben. – Za​schło jej w ustach. Jaki on… przy​stoj​ny. Jak za​wsze.
Tro​chę się zmie​nił. Przy​by​ło mu lat, to ja​sne. Jak​by zmę​czo​ny ży​ciem, jak​by do​-
stał od nie​go na​ucz​kę. Trud​no się temu dzi​wić, zwa​żyw​szy oko​licz​no​ści, w ja​kich ją
sie​dem lat temu opu​ścił.
– Co ty tu ro​bisz?
Los rzu​cił jej wy​zwa​nie… nie, gra​nat. Po​czu​ła się za​sy​pa​na odłam​ka​mi roz​pa​czy,
zło​ści, zdzi​wie​nia, a na​wet tę​sk​no​ty. Wszyst​ko to w kil​ka se​kund prze​obra​zi​ło w po​-
nu​ry żart jej po​now​nie po​ukła​da​ne ży​cie.
– Przy​szło mi w ostat​niej chwi​li za​stą​pić jed​ne​go z mo​ich wspól​ni​ków. Mu​siał zo​-
stać w Lon​dy​nie z po​wo​du pro​ble​mów oso​bi​stych.
Ten głos, któ​ry roz​po​zna​ła​by na koń​cu świa​ta, spra​wił, że prze​szył ją dreszcz,
przy​po​mi​na​jąc o do​zna​niach, ja​kich wo​la​ła nie pa​mię​tać. Go​rą​ce noce na pla​ży na
Fi​dżi, do​kąd się uda​li w po​dróż po​ślub​ną. Pierw​szy raz, gdy się z nią umó​wił, w szpi​-
tal​nym bu​fe​cie, bo mie​li nie​ca​łą go​dzi​nę prze​rwy mię​dzy zmia​na​mi na od​dzia​le. Nie
chcia​ła tego wspo​mi​nać. Wte​dy był dla niej Ben​jim. To zbyt po​ufa​łe, zbyt na​ła​do​wa​-
ne wspo​mnie​nia​mi.
Zdo​by​ła się na obo​jęt​ny ton.
– Jak ci się żyje w Lon​dy​nie?
Uśmie​chał się chy​ba szcze​rze, ale po​zo​ry po​tra​fią my​lić. Tak było przez kil​ka
mie​się​cy, za​nim ją rzu​cił. Nie mia​ła po​ję​cia, jaki Ben jest te​raz. I nie chcia​ła tego
wie​dzieć. Na pew​no?
– Za​mie​rzam zo​stać part​ne​rem w kli​ni​ce kar​dio​lo​gicz​nej, w któ​rej te​raz pra​cu​ję,
więc mam mało wol​ne​go cza​su, a je​śli już go mam, po​świę​cam go na swo​ją pa​sję hi​-
sto​rycz​ną. W No​wej Ze​lan​dii nie zda​wa​łem so​bie spra​wy, ile jest w An​glii za​byt​ko​-
wych zam​ków i pa​ła​ców.
Mó​wił swo​bod​nym to​nem, jak​by było cał​kiem nor​mal​ne, że z nią roz​ma​wia po raz
pierw​szy, od​kąd wy​szedł z ich miesz​ka​nia. Pła​kał wte​dy, ale usi​ło​wał to przed nią
ukryć.
Skup się na tym, co po​wie​dział te​raz, za​cho​wuj się, jak​by nie było czym się przej​-
mo​wać. Na​po​mknął o zam​kach. Ku​po​wa​ła mu wte​dy al​bu​my ze zdję​cia​mi naj​pięk​-
niej​szych an​giel​skich re​zy​den​cji.
– Tro​chę inne niż ten „za​mek” w Mo​unt Ru​ape​hu, praw​da? – Na​wią​za​ła do ho​te​lu
w No​wej Ze​lan​dii, gdzie ob​cho​dzi​li pierw​szą rocz​ni​cę ślu​bu. Na​wet się uśmiech​nę​-
ła, mimo że ser​ce ści​skał jej ból.
Prze​stań się uśmie​chać. Jesz​cze po​my​śli, że się cie​szysz z tego spo​tka​nia.
– Zde​cy​do​wa​nie inne. – Ben spo​waż​niał.
Zo​rien​to​wa​ła się, że wspo​mi​na te dwa cu​dow​ne dni na śnie​gu, a po​tem w ho​te​lo​-
wym po​ko​ju, ale do​strze​gła też cień żalu. Ża​łu​je, że z nią roz​ma​wia? Po co wspo​-
mnia​ła o Mo​unt Ru​ape​hu?
– Wy​glą​dasz re​we​la​cyj​nie – rzu​cił to​nem od nie​chce​nia. Za​wsze po​tra​fił się zna​-
leźć. Nie za​wsze mó​wił praw​dę i tyl​ko praw​dę, ale za​wsze wie​dział, co po​wie​dzieć.
Przez te lata i ona się na​uczy​ła, na czym po​le​ga nie​zo​bo​wią​zu​ją​ca wy​mia​na zdań,
więc ze spo​ko​jem zlek​ce​wa​ży​ła kom​ple​ment.
– Ależ Ben, dzię​ku​ję. – Je​że​li wy​star​cza​ją​co czę​sto bę​dzie na​zy​wać go Be​nem, jej
mózg w koń​cu za​po​mni, że Ben​ji kie​dy​kol​wiek ist​niał.
– Na​praw​dę – od​parł pół​gło​sem. Za​brzmia​ło to cał​kiem szcze​rze.
Nogi się pod nią ugię​ły. Po​czu​ła, że lada chwi​la pad​nie na zie​mię po​śród se​tek lu​-
dzi. U stóp Bena.
– Dzię​ku​ję – mruk​nę​ła.
Mi​nę​ło sie​dem lat, od kie​dy po raz ostat​ni wi​dzia​ła Ben​jie​go, kur​czę, Bena, i to
w okrop​nych oko​licz​no​ściach. Sie​dem dłu​gich lat, kie​dy sta​ra​ła się za​po​mnieć o nim
oraz nie​uda​nym mał​żeń​stwie i bu​do​wać nowe ży​cie, z któ​re​go mo​gła​by być dum​na.
Są​dzi​ła, że jej się to uda​ło. Do tej chwi​li, bo te​raz jej ser​ce wali jak sza​lo​ne. Jak​by
nie do​pro​wa​dzi​li cze​goś do koń​ca. Idio​tycz​ne, bo ko​cha​ła go ca​łym swo​im je​ste​-
stwem, a on od​szedł, więc mu​sia​ła da​wać so​bie radę bez nie​go. A do tego z tra​ge​-
dią, z któ​rą zo​sta​ła cał​kiem sama.
Wy​star​czy​ło kil​ka mi​nut w jego to​wa​rzy​stwie, by jej mózg się za​wie​sił, stał się
nie​zdol​ny do ja​kiej​kol​wiek sen​sow​nej wy​po​wie​dzi. W kli​ni​ce cie​szy​ła się opi​nią oso​-
by roz​sąd​nej, ale te​raz po​wtó​rzy​ła się sy​tu​acja z ostat​nich mie​się​cy przed roz​sta​-
niem, kie​dy nie wie​dzia​ła, jak roz​ma​wiać z Be​nem, by nie czuć się, jak​by zna​la​zła
się pod wodą i to​nę​ła.
Mi​ja​jąc ją, ktoś lek​ko ją po​pchnął, wów​czas Ben pod​szedł bli​żej i usta​wił się tak,
by ją osło​nić przed tłu​mem wcho​dzą​cym do sali. Gdy do​tknął jej łok​cia, do​strze​gła
skru​chę w jego oczach, któ​re kie​dyś na​zy​wa​ła kar​me​lo​wy​mi.
– Tori, czu​ję, że zja​wia​jąc się tak na​gle, wy​trą​ci​łem cię z rów​no​wa​gi. Prze​pra​-
szam.
Coś ta​kie​go?! To zde​cy​do​wa​nie nie jest Ben​ji. Prze​pra​sza ją? Przez ostat​nie dwie
mi​nu​ty wy​po​wie​dział wię​cej słów niż przez ostat​nie mie​sią​ce ich związ​ku.
Przyj​rza​ła się mu uważ​nie. Te lata przy​da​ły wy​ra​zu jego spoj​rze​niu, po​głę​bi​ły
zmarszcz​ki wo​kół ust i do​da​ły kil​ka srebr​nych pa​se​mek jego ciem​nym wło​som, ale
to zde​cy​do​wa​nie ten sam Ben​ji, któ​re​go ko​cha​ła ca​łym ser​cem. To było jed​nak daw​-
no temu. Z tą róż​ni​cą, że tam​ten męż​czy​zna nie prze​pra​szał. Spa​ko​wał swo​je rze​-
czy i wy​szedł z ich wspól​ne​go domu, znik​nął.
Za​tem to musi być Ben, nie Ben​ji. No pro​szę, już idzie jej le​piej. Ben. Wzru​szy​ła
ra​mio​na​mi, by ukryć kłę​bią​ce się w niej emo​cje, jed​no​cze​śnie od​su​wa​jąc jego rękę.
Nie ży​czy so​bie, by jej przy​po​mi​nał o pło​mie​niu zmy​słów, jaki ich ogar​niał z każ​dym
do​tknię​ciem.
– Wca​le nie. Po pro​stu mnie za​sko​czy​łeś. Nic wię​cej. – Je​śli bę​dzie to czę​sto po​-
wta​rzać, za​cznie w to wie​rzyć. Ro​zej​rzaw​szy się, ze zdzi​wie​niem za​uwa​ży​ła, jak
szyb​ko sala się za​peł​nia. – Mu​szę po​szu​kać so​bie miej​sca.
– Daj spo​kój. – Zno​wu za​ci​snął pal​ce na jej łok​ciu. –
Mon​sieur
Lec​la​re przy​słał
mnie, że​bym cię za​pro​wa​dził na two​je miej​sce obok in​nych pre​le​gen​tów.
– Ale ja mam re​fe​rat do​pie​ro ju​tro.
Pro​wa​dząc ją przez salę, osła​niał ją przed tłu​mem.
– Wszy​scy pre​le​gen​ci mają sie​dzieć w pierw​szym rzę​dzie przez całą kon​fe​ren​cję.
Nie otrzy​ma​ła ta​kiej in​struk​cji. Więc nie uwol​ni się od Bena, a musi się otrzą​snąć
z szo​ku. Oglą​da​nie go, słu​cha​nie tego ni​skie​go chro​pa​we​go gło​su, w któ​rym za​ko​-
cha​ła się od pierw​szej chwi​li, bę​dzie wy​ma​ga​ło wy​sił​ku. W tym mo​men​cie nie mia​ła
cza​su na ana​li​zo​wa​nie swo​jej re​ak​cji. Już nie była na nie​go zła. Po tylu la​tach nie
po​win​na. To by su​ge​ro​wa​ło, że na​dal nosi go w ser​cu. O nie, Ben na​le​ży do prze​-
szło​ści. Krop​ka.
– Dok​tor Wells, na​sza Dama od Ser​ca… – Sta​nął przed nią mon​
sieur Lec​
la​re, by
się przy​wi​tać, zgod​nie z eu​ro​pej​ską tra​dy​cją ca​łu​jąc ją w oba po​licz​ki. Tak ty​po​wą,
że ser​ce zno​wu za​bi​ło jej moc​niej. – Je​stem szczę​śli​wy, mo​gąc pa​nią oso​bi​ście po​-
znać i po​dzię​ko​wać, że ze​chcia​ła pani za​szczy​cić na​sze zgro​ma​dze​nie.
Z uśmie​chem przy​słu​chi​wa​ła się sło​wom wy​po​wia​da​nym an​gielsz​czy​zną z fran​cu​-
skim ak​cen​tem. In​try​gu​ją​cym, a za​ra​zem na​wet ro​man​tycz​nym, mimo że za​słu​żo​ny
kar​dio​log był po sześć​dzie​siąt​ce. W szko​le w Auc​kland uczy​ła się fran​cu​skie​go, ale
gdy po​przed​nie​go dnia, już w Ni​cei, kil​ka razy od​wa​ży​ła się otwo​rzyć usta, po​nio​sła
Zgłoś jeśli naruszono regulamin