Sylwia Janik - Latte.pdf
(
735 KB
)
Pobierz
Spis treści
Prolog. Elegia o białej kawie
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdiał XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Epilog. Ballada o białej kawie
Prolog
Elegia o białej kawie
Na początku była ciemność. Gęsta, czarna i mięsista niczym skrawek aksamitu. Miała
w sobie opiłki brązu, które bezlitośnie wbijały się w jej wnętrze, jakby chciały przeszyć ją
na wylot. Jej zapach wypełniał powietrze, tak jak mgła zasnuwa ziemię. Wdzierał się
w przestrzeń, podobnie jak dźwięk bez przyzwolenia wpada w ucho.
Atak nadszedł niespodziewanie. Chłód metalu przeszył ją jak pływak przecina fale –
szybko, zdecydowanie, bez wahania. Zanurzył się w niej i przywłaszczył sobie jej część
bez śladu wyrzutów sumienia. Ta cząstka odizolowana od reszty, oderwana od całości,
ożyła jednak. Uniosła się w górę, a potem opadła i nagle została rzucona na samo dno.
Uderzyła o zimne podłoże i leżała porażona, bierna, sparaliżowana. Gdy trafiła na nią
kaskada wody, uległa rozpadowi na tysiące mikroskopijnych drobinek, by potem
rozpłynąć się, zniknąć, przejść w nicość.
Ale reinkarnacja okazała się realna. Teraz przybrała postać cieczy, a jej zapach został
zintensyfikowany. By osłodzić jej życie, dostała proszek, który był cukrem, a działał jak
narkotyk. Pochłonęła go od razu. Teraz do jej radosnego nastroju nie pasował mroczny
wizerunek. I na to znalazło się lekarstwo. Wzięła krótki prysznic, który oczyścił ją z nocy,
zmył kruczą barwę i zamienił ją w kolor kawy z mlekiem.
Jednak niedługo cieszyła się nowym życiem i świeżą szatą. Niespodziewanie spadła jak
wodospad, tworząc małe, brudne jezioro. Towarzystwa dotrzymały jej porcelanowe
kamienie o ostrych, nieregularnych kształtach, które zleciały w przepaść razem z nią.
Sądziła, że ma halucynacje, ale one naprawdę były wzorzyste i miały barwy tęczy.
Udzieliły jej ostatniego namaszczenia.
Potem już przykryła ją i wciągnęła chusta śmierci. Przestała istnieć.
Rozdział I
Nazywam się Nadia Laos, a moje nazwisko nie ma nic wspólnego z krajem prawie
całkowicie porośniętym lasem, położonym na Półwyspie Indochińskim w Azji.
Jedyne, co może mnie z nim łączyć, to fakt, że tak jak ono jest punktem rzuconym na
mapie świata, tak i ja jestem elementem wrzuconym w zbiorowisko ludzkości.
Choć moje nazwisko brzmi nieco egzotycznie, jestem przeciętną osobą, może na
swój sposób niezwykłą, o ile przyjmiemy, że każdy człowiek jest inny i w pewnym sensie
niepowtarzalny i wyjątkowy. Jestem młoda, choć dla dziecka z ruszającym się
mleczakiem z całą pewnością wydam się stara, stateczna i doświadczona. Sama sobie
wydaję się dziwna i pełna sprzeczności, chociaż nie wykluczam, że każdy człowiek ma
takie właśnie mniemanie o sobie.
Zakładam, że gdy będę faktycznie w wieku podeszłym, okolice moich nieco
asymetrycznych ust będą zdobić, albo szpecić, wyraźne linie zmarszczek powstałe na
skutek częstego uśmiechu. Zdecydowanie często się uśmiecham, choć równie często
jestem niezdecydowana, czy uważać siebie za osobę szczęśliwą, czy nie. A jednak moje
usta rozciągają się w obie strony nawet wtedy, gdy nie jest mi do śmiechu, a bywa, że
moje serce skuwa lód strachu, bólu czy zwątpienia. Ten mój uśmiech nie jest sztuczny ani
wymuszony, myślę, iż posiadam rzadką zdolność naturalnego uśmiechania się na zasadzie
bezwarunkowego odruchu. Ludzie niekiedy odpowiadają mi tym samym, a jest to
bezinteresowne i bez żadnych podtekstów. Czasem ten wyraz mojej twarzy jest zupełnym
przeciwieństwem stanu mojej duszy, która wymagałaby natychmiastowego
podreperowania, a nawet czasem gruntowego remontu. W jednej chwili mam poczucie, że
świat i życie są cudowne, a chwilę potem dopada mnie myśl o beznadziejności istnienia.
Jestem zła na siebie z powodu tej chwiejności, niestałości i labilności, która jest przecież
cechą wieku dziecięcego.
Tak naprawdę nie potrafię sama siebie opisać ani jednoznacznie określić, ale wiem
mniej więcej, jak postrzegają mnie inni. Muszę jednak od razu zaznaczyć, że podchodzę
z dużym dystansem do ich teorii na mój temat i często mnie one śmieszą.
Słyszałam nieraz, że jestem kobieca, ale cóż to właściwie znaczy? Być może
kobiecość koncentruje się w twarzy, ale promieniuje i rzuca wiązki światła również na
całą postać. Jeśli rzeczywiście jestem kobieca, to wyobrażam sobie, że korzenie tego daru
tkwią głęboko wewnątrz mnie, a owoc, który wypuszczają na powierzchnię, kwitnie
nieprzerwanie, siejąc wkoło ciepło i pogodę. Źródło kobiecości płynie z osobowości,
tryskając na zewnątrz spontaniczną, żywą i radosną kaskadą. Ognisko kobiecości płonie
żarliwie w sercu, strzelając językami zmysłowego ognia i tworząc bezkresną łunę światła.
Kopalnia kobiecości znajduje się w umyśle, a jej błyskotliwe skarby wydobyte na wierzch
są logicznie, sensownie i konstruktywnie wykorzystywane w praktyce.
Cóż, idąc tropem mojego skomplikowanego i trochę zawiłego myślenia, w dalszym
ciągu trudno jest zrozumieć, w czym tkwi istota kobiecości, ale taka właśnie jest moja
prywatna, pewnie przerysowana interpretacja.
Obiło mi się też o uszy, że jestem wrażliwa, choć sama nie przepadam za tym
określeniem. Uważam, iż zawiera w sobie jakąś ironię, nutę kpiny. Wolę konkretne słowa,
Plik z chomika:
uzavrano
Inne pliki z tego folderu:
Sylwia Janik - Latte.pdf
(735 KB)
Sylwia Janik - Latte.mobi
(351 KB)
Inne foldery tego chomika:
S. E. Lynes
S. K. Bangor
S.J. Bolton
S.J. Watson
S.M. Borowiecky
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin