C.C. MacApp - Subb.pdf
(
698 KB
)
Pobierz
C.C. MacAPP
SUBB
Przekład: Stanisław Kroszczyński
Rozdział 1
Zmierzch przechodził w noc. Nad parkiem przy cmentarzu unosił się zapach świeżo przystrzyżonej
trawy i wilgotnej jesiennej ziemi. Z umieszczonej na szczycie słupa pojedynczej żarnicy
*
słabe
błękitnozielone światło padało prosto na ławkę, na której siedział Kim Bukanan. Czuł, że chłodny wiatr
staje się coraz bardziej kąśliwy, ale w obecnym stanie umysłu nie chciało mu się nawet zapiąć kurtki.
Usłyszał kroki na żwirowanej alejce i odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Zobaczył schludnie
ubranego mężczyznę w średnim wieku, którego widział godzinę wcześniej przy grobie matki podczas
pogrzebu. Mężczyzna podszedł bliżej, ale w półmroku prawie nie było widać jego twarzy.
- Przepraszam, mogę usiąść obok pana?
Kim mruknął coś niezrozumiałego i przesunął się, żeby zrobić miejsce. Mężczyzna przyglądał mu się
przez dłuższą chwilę, a wreszcie powiedział:
- Proszę wybaczyć, że pana niepokoję, panie Bukanan, ale musimy porozmawiać, zanim opuści pan
Ziemię.
Zaskoczony Kim drgnął i odwrócił się w jego stronę.
Skąd pan mnie zna? Pewnie… pewnie pracuje pan dla rządu, czy coś w tym rodzaju. Przecież
dopiero wczoraj wykupiłem rezerwację!
Nie pracuję dla Rządu Ziemi, panie Bukanan. Należę do Solconu.
Kim starał się nie pokazać po sobie rozdrażnienia.
A co ma ze mną wspólnego Solar Confederation?
Aż dwie rzeczy, panie Bukanan. Po pierwsze, wyrusza pan w przestrzeń kosmiczną. Wiemy, że
znajdzie się pan w bardzo odległym obszarze Strugi, a my nie mamy tam zbyt wielu oczu i uszu
do dyspozycji. Po drugie, pański ojciec ma duże wpływy w znacznej części Strugi, niemal do samych
Kresów.
Kim zesztywniał.
Nigdy w życiu nie widziałem ojca. Porzucił moją matkę, zanim przyszedłem na świat.
Znamy pańską sytuację, panie Bukanan. Prawdopodobnie uzna pan, że mieszamy się do nie swoich
spraw, ale wiemy również, że ojciec zapewnił panu i pana matce utrzymanie. Zadbał też o pana
wykształcenie. Musimy więc przyznać, że coś was łączy, chociaż nigdy pan z nim nie rozmawiał ani
nie korespondował.
Kim zerwał się na równe nogi, stanął nad mężczyzną i spojrzał na niego z góry.
Co to pana właściwie obchodzi?
Obchodzi to nas, ponieważ leży nam na sercu przyszłość ludzkości.
Kim zaśmiał się gorzko.
- Może mi pan wyjaśni, co to ma do rzeczy? Powiem panu jedno: nie wybieram się w przestrzeń
kosmiczną, żeby podjąć współpracę z ojcem. Teraz, kiedy moja matka odeszła, nie chcę mieć z nim nic
wspólnego. Porzuciłem studia i nie życzę sobie go oglądać… ściślej mówiąc, chcę się z nim spotkać
tylko raz i powiedzieć mu prosto w twarz, co o nim myślę. Wstydzę się, że noszę jego nazwisko. Czy
to panu wystarczy? Mężczyzna westchnął.
- Obawiam się, że niezupełnie. Wciąż mamy nadzieję, że będzie pan mógł nam pomóc.
Kim postawił kołnierz kurtki, zawahał się i niechętnie usiadł znów obok mężczyzny.
Pewnie wydaje się panu, że jako syn Ralfa Bukanana mam dostęp do jakichś miejsc albo spraw.
Nawet jeśli tak jest, nie zamierzam z tego korzystać!
W porządku. Może jednak wydarzyć się coś, czego pan w tej chwili nie przewiduje. Czy zechciałby
pan pełnić funkcję, powiedzmy, nieoficjalnego obserwatora na rzecz naszej organizacji?
Śmiech Kima zabrzmiał nienaturalnie głośno.
- Ja? To moja pierwsza podróż pozaziemska, nie licząc krótkiej wyprawy treningowej na Lunę. Jeśli
chodzi o przestrzeń kosmiczną, jestem zupełnym żółtodziobem. Kiepski byłby ze mnie tajny agent!
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Nawet przypadkowe obserwacje mogą być przydatne… - Zawiesił głos. - Panie Bukanan, ta sprawa
może mieć znacznie większe znaczenie dla ludzkości, niż się panu zdaje. Czy mógłby pan zostać jeszcze
chwilę? Chciałbym zadać parę pytań o charakterze osobistym.
Kim z gniewem odchylił się do tyłu.
Kilka więcej, kilka mniej, co to za różnica?
Dziękuję panu. Panie Bukanan, bardzo niewiele brakuje panu do doktoratu z astrofizyki. Dlaczego
właśnie teraz przerywa pan studia?
Kim był zadowolony, że w półmroku nie można dostrzec rumieńca na jego twarzy. Nie bardzo miał
ochotę opowiadać o uczuciach, jakie miotały nim przez te ostatnie dni.
- No cóż, nie wiem, jak to się ma do przyszłości rodzaju ludzkiego, ale po prostu nie mam ochoty
zostawać dłużej na uniwersytecie. Jestem już w takim wieku, że nie dopuszczą mnie do rozgrywek
sportowych, a większość moich rówieśników porobiła już dyplomy. Nauczyłem się tego, co mi
potrzebne, i nie chce mi się czekać, aż kilku znudzonych profesorów zechce przeczytać moją
dysertację…
Mężczyzna uśmiechnął się.
- Rozumiem pana. - Zamilkł na chwilę. - Panie Bukanan, czy mam rozumieć, że udaje się pan
na planetę Lenare tylko po to, żeby jeden, jedyny raz spotkać się z ojcem, którego nigdy pan nie
widział?
Kim popatrzył na niego z niechęcią.
- Jeśli koniecznie chce pan wiedzieć, to tak.
Dlaczego właściwie podjął taką decyzję? Cztery dni temu jego matka w jednej z ostatnich chwil
półświadomości zwróciła ku niemu niewidzące spojrzenie i wyszeptała cicho: „Ralf…”
Kim nie przypominał sobie, by kiedykolwiek przedtem wymówiła imię ojca. W jakichś sposób ten
nieoczekiwany szept pogrążył go w chaosie sprzecznych uczuć.
Wciąż nie bardzo rozumiał dlaczego. Pewnie po części brało się to stąd, że nagle uświadomił sobie,
jak wiele jego matka przecierpiała przez te wszystkie lata, z czego przedtem w ogóle nie zdawał sobie
sprawy. Od dzieciństwa wyrastał w przekonaniu, że ojciec nigdy nie wróci. Nie przypominał sobie, żeby
matka kiedykolwiek skarżyła się z tego powodu. Zawsze mieli dość pieniędzy, a chociaż
w przeciwieństwie do innych chłopców nie mógł pochwalić się ojcem w domu, zawsze mógł
przynajmniej oznajmić: „A mój tata jest kosmonautą!”
Niebagatelną rolę, jak przypuszczał, odgrywało też poczucie winy. Zaniedbywał matkę przez parę
ostatnich lat. Spoglądając w przeszłość, z bólem uświadamiał sobie, że stopniowo popadała w otępienie
i zamykała się w sobie. Ile rozpaczliwych, samotnych godzin musiała znieść? Ile miesięcy upływało
między jego wizytami czy choćby telefonami?
Dostrzegał też inny składnik tej mieszaniny gorzkich uczuć - zwykłą, dziecinną zazdrość. Miał
wystarczające pojęcie o psychologii, żeby wiedzieć, iż chłopiec wychowany wyłącznie przez matkę staje
się zaborczy w stosunku do niej i zaczyna się podświadomie obawiać nieoczekiwanego powrotu ojca.
Cóż, mógł ciągnąć te ponure rozważania w nieskończoność, ale nie przynosiło mu to ulgi.
Jedno wiedział na pewno: po prostu musi uciec od tego życia, które nagle stało się nie do zniesienia,
i spotkać się z człowiekiem, który porzucił jego matkę. Nieważne, czy wtedy chodziło o zwykłą,
nikczemną zdradę (co nie wydawało się prawdopodobne, skoro przez wszystkie te lata przesyłał
im pieniądze), czy też wina leżała po obu stronach; mogło zresztą chodzić o coś zupełnie innego, tak czy
owak on, Kim, odczuwał przemożną potrzebę doprowadzenia do tej konfrontacji.
Gdyby okazało się, że nie było żadnego usprawiedliwienia, wtedy wiedziałby przynajmniej tyle, że
on
i jego matka zostali po prostu porzuceni. Mógłby z czystym sumieniem gardzić tym człowiekiem
i powiedzieć mu o tym; z czasem może zdoła zapomnieć ten dojmujący szept: „Ralf…”. Głos mężczyzny
siedzącego obok przywołał go do rzeczywistości.
- Panie Bukanan, tak się składa, że na planecie Lenare znajduje się przedstawicielstwo firmy
pańskiego ojca. Za pośrednictwem tego biura prowadzi on interesy z Solconem i z samą Ziemią. Czy
jednak zdaje pan sobie sprawę, że Ralf Bukanan spędza większość czasu w bardziej oddalonych
okolicach Strugi? Prawdopodobieństwo spotkania go na Lenare jest niewielkie.
Kim wzruszył ramionami.
Od czegoś trzeba zacząć. Jeśli zna pan jakieś lepsze miejsce, będę wdzięczny za informację.
Niestety, nie znam. Ralf Bukanan także i dla Solconu jest postacią dość zagadkową. - Siedział przez
chwilę w milczeniu. - Chciałbym wytłumaczyć panu dokładniej, w jaki sposób może pan być dla nas
przydamy. Jeszcze raz przepraszam za niedyskrecję, ale doszło do naszej wiadomości, że pan niezbyt
lubi subbów. Kim znów powstrzymał gniew.
Nie jestem zwolennikiem dyskryminacji subbów. Po prostu ich nie lubię!
Jak wielu ludzi. Czy wie pan o tym, że Bukanan Enterprises zatrudnia bardzo wielu z nich?
Kim popatrzył na niego uważnie.
Pierwsze słyszę. Przypuszczam, że to wynika z czysto praktycznych względów. Oni są przecież
znacznie lepiej przystosowani do życia w przestrzeni kosmicznej niż normalni. Są odporniejsi
na promieniowanie, ekstremalne temperatury i zmiany ciśnienia, lepiej przyswajają różnego rodzaju
pożywienie i tak dalej.
Otóż to. Panie Bukanan… nie wspomniałbym o tym, gdy byśmy nie byli całkowicie pewni pańskiej
lojalności… ale są powody, by przypuszczać, że w przypadku Bukanan Enterprises chodzi o jeszcze coś
więcej. Z pewnością zna pan te wszystkie niestworzone historie, jakie opowiada się o subbach.
Kim uniósł brwi.
Że są nieśmiertelni? Że są niewolnikami loatów? Że spiskują przeciwko ludzkości? Nigdy nie
zwracałem uwagi na te bzdury. - Przerwał na chwilę, zdając sobie sprawę, że mówi zbyt emocjonalnie. -
Podejrzewa pan mojego ojca o zdradę tylko dlatego, że wynajmuje tak wielu subbów?
Nic na to nie wskazuje. O ile wiemy, Bukanan Enterprises jest uczciwym i lojalnym
przedsiębiorstwem. Pozostaje jednak faktem, że liczne zastępy subbów wyruszające w przestrzeń
kosmiczną znajdują tam zatrudnienie, więc musimy brać pod uwagę taką możliwość. Panie Bukanan, tak
naprawdę nie wiadomo, jak długo mogą żyć subbowie. Minęło dopiero sto trzydzieści lat, odkąd
thurgowie dokonali pierwszych transplantacji ludzkich mózgów do ciał subbów. Nie sposób też
stwierdzić, co myśli subb… wszyscy są tak podobni do siebie i pozbawieni wyrazu. Nie możemy być
pewni, czy w ciało subba nie wbudowano urządzenia, które zmienia funkcjonowanie wszczepionej
mu ludzkiej inteligencji. Przecież ciała subbów dostarczane są przez loatów w gotowej postaci.
Kim wpatrywał się w mężczyznę, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Zawsze trochę się wstydził swojej
instynktownej niechęci do subbów. Jeszcze jako dziecko, razem z innymi łobuziakami wykrzykiwał
za subbami, którzy zabłąkali się na jego ulicę: „Subb-trup! Gdzie twój grób?” Kiedyś nawet zdarzyło
mu się rzucać kamieniami. Odpędził od siebie te wspomnienia.
Zapewne nie można wykluczyć takiej możliwości - przyznał.
No właśnie. A skoro od tego może zależeć przyszłość ludzkości…
Przez dłuższą chwilę Kim patrzył w dal.
Jeśli dobrze rozumiem - odezwał się w końcu - najprawdopodobniej będę miał do czynienia
z większą liczbą subbów. Chciałby pan zatem, żebym ich obserwował i wyniki obserwacji przekazywał
Plik z chomika:
mkcompsc
Inne pliki z tego folderu:
C.C. MacApp - Subb.pdf
(698 KB)
C.C. MacApp - Subb.azw3
(360 KB)
C.C. MacApp - Subb.mobi
(337 KB)
C.C. MacApp - Swiat bez slonca.azw3
(526 KB)
C.C. MacApp - Subb.epub
(247 KB)
Inne foldery tego chomika:
A.G. Taylor
Aaron Allston
Adam Przechrzta
Adrian Tchaikovsky
Agatha Christie
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin