ANANKE 151
Wypchnęło go coś ze snu - w ciemność. Zostawił za
bą - gdzie? - czerwonawy, zadymiony obrys - mias a
pożaru? - i przeciwnika, gonitwę, wyważenie skały, która
była tamtym - człowiekiem? Gonił jeszcze odpływające
wspomnienie, już z rezygnacją, i pozostała mu tylko znana
dobrze z takich chwil refleksja, że w snach bywa dana rzeczy-
wistość silniejsza i bardziej bezpośrednia od jawy.: wvzbyta
słów i przy całej swojej nieobliczalneţ kapryśności rządzona
prawem objawiającym się jako rzeczywistość, ale tylko tam,
w koszmarze. Nie wiedział, ţldzie jest nic nie pamiętał. Wy-
starczyło rękę podnieść, aby się przekonać,. ale miał ten bez-
wład za złe własnej pamięci i usiłował zdopmgować ją do ze-
znań. Sam siebie oszukiwał: w bezruchu, przecież chciał po
konsystencji posłania rozpoznać, gdzie się znajduje. W każ-
dym razie nie była to koja. Błysk: lądowanie; iskry na pustym,
tarcza jak gdyby fałszywego, powiększonego Księżyca; kra-
tery - ale w pyłowej zamieci; prądy brudnej, rudej wichury;
kwadrat kosmodromu, wieże.
Mars.
Leżał dalej, rozważając już teraz całkiem rzeczowo, cze-
mu się zbudził. Miał zaufanie do własneńo ciała; nie ocknęło-
by się bez żadnego powodu. Prawda, że lądowanie było dość
kłopotliwe, a on potężnie zmęczony, bo po dwóch wachtach
bez chwili wypoczynku; Terman złamał rękę, kiedy automat
dał ciąg i rzuciło go na ścianę. Spaść z sufltu, przy przeţściu
152 STANISŁAW LEM
na ciąg, po jedenastu latach latania - co za osioł! Trzeba bę-
dzie odwiedzić go w szpitalu. Czy przez to...? Nie.
Zaczął sobie teraz po kolei przypominać wypadki poprze-
dniego dnia, od chwili lądowania. Siedli w burzy. Atmosfery
tyle co nic, ale przy dwustu sześćdziesięciu kilometrach na
godzinę prawie nie ustoisz - przy tym nędznym ciążeniu.
Pod podeszwami żadnego tarcia; idąc trzeba się wkopywać
butami w piasek, dopomagać sobie grzęznącymi kostkami. I
ten pył z lodowatym sykiem szorujący po kombinezonie, wła-
żący w każdą fałdkę, ani specjalnie czerwony, ani rudy, zwy-
kły piasek, tyle że drobny. Zdążyło go zemleć przez kilka
miliardów lat. Nie było tu kapitanatu, bo i normalnego portu
nie było. Projekt Marsa, w drugim roku, wciąż jeszcze cały w
prowizorkach, co zbudowali, to im zasypywało, ani hotelu,
ani hoteliku - nic. Kopuły dotlenione, pod linami, ogromne,
każda jak dţiesięć hangarów, pod promienistym parasolem
stalowych lin zakotwiczonych do kloców betonowych, mało
co widocznych spod wydm. Baraki, falista blacha, stosy i sto-
sy pak, kontenerów, pojemników, butli, skrzyń, worów, mia-
sto z ładunków, które waliły się z pasów transportera. Jedyne
całkiem przyzwoite miejsce, dopięte, uporządkowane, to był
stojący poza "kloszem" budynek kontrali lotów, dwie mile od
kosmodromu, w którym właśnie leżał, po ciemku, w łóżku
dyżurnego kontrolera Seyna. Usiadł i bosą stopą, po omacku,
poszukał pantofli. Zawsze je woził ze sobą; zawsze rozbierał
się do snu; jeśli się nie ogolił jak naleţy i nie umył, nie czuł się
na wysokości zadania. Nie pamiętał, jak wygląda pokój, więc
na wszelki wypadek prostował się ostrożnie; łeb można sobie
rozbić przy tej oszczędności materiałów (cały projekt trzeszczał
od owych oszczędności; wiedział coś o tym). Teraz znów gnie-
wało go to, że zapomniał, gdzie są wyłączniki. Jak ślepy
szczur. . . Macał rękami - zamiast kontaktu dotknął zimnego
pokrętła. Pociągnął. Strzeliło lekko i ze słabym zgrzytem
ANANKE 153
otwarła się irysowa okiennica. Był ciężki, zamulony, głuchy
przedświt. Stojąc przed oknem, podobnym raczej do okręto-
wego bulaja, dotknął szczeciny na policzku, skrzywił się i
westchnął; wszystko było nie tak, chociaż nie wiadomo wła-
ściwie - dlaczego. Zresztą gdyby się zastanowił, może i przy-
znałby, że wie. Nie znosił Marsa.
Była to sprawa ściśle prywatna; nikt o tym nie wiedział,
ale też nikogo to nie obchodziło. Mars - to było uosobienie
straconych złudzeń, wyszydzonych, wyśmianych - ale dro-
gich. Wolałby latać na każdej innej trasie. Pisaninę o roman-
tyzmie Projektu miał za zawracanie głowy. Perspektywy ko-
lonizacji - za fikcję. O, Mars oszukał wszystkich - więcej :
oszukiwał od stu kilkudziesięciu lat. Kanały. Jedna z najpięk-
niejszych, najbardziej niesamowitych przygód całej astrono-
mii. Planeta rdzawa: pustynna. Białe czapki polarnych śnie-
gów: ostatnie rezerwy wody. Jak brylantem w szkle zaryso-
wana siatka czystej geometrii - od biegunów ku równikowi:
świadectwo walki rozumu z zagładą, potężny system iryga-
cyjny, nawadniający miliony hektarów pustyni; ależ tak: z
nadejściem wiosny zinieniła się przecież barwa pustyń, cie-
mniały od wegetacji przebudzonej, i to we właściwy sposób:
od równika ku biegunowi. Co za bzdura! Kanałów nie było
nawet śladu. Roślinność? Tajemnicze mchy, porosty, opance-
rzone przeciw mrozom, wichurom? Spolimeryzowane wyższe
tlenki węgla, co pokrywały grunt - i ulatniały się, gdy mróz
koszmarny zamieniał się na mróz tylko okropny. Czapy śnie-
gowe? Zwykły zestalony COţ. Ani wody, ani tlenu, ani życia
- poszarpane kratery, przeżarte zamieciami pyłowymi ska-
ły-świadki, nudne równiny, martwy, płaski, bury krajobraz z
bladym, szarordzawym niebem. Ani obłoków, ani chmur-
niewyraźne mgły, tyle zachmurzenia, co podczas wielkich burz.
Elektryczności atmosferycznej za to - do diabła i trochę. Czy
coś grało? Sygnał jakiś? Nie, to donosiło się pianie powietrza
154 STANISŁAW LEM
na stalowych linach najbliższego "bombla". W brudnawym
świetle (nawet najtwardszemu szkłu okiennemu szybko da-
wał radę piach niesiony wiatrem, a już plastykowe kopuły
mieszkalne zmętniały jak zawleczone bielmem) włączył ża-
rówkę nad umywalnią i zaczął się golić. Wykrzywiając ţsię,
pomyślał zdanie tak głupie, że się mimo woli uśmiechnął: Mars
jest świnią.
Było to jednak świństwo: przy tylu nadziejach - tak za-
wieść! Zgodnie z tradycją - aIe kto właściwie ją ustanowił?
Nikt w pojedynkę. Nikt sam tego nie wymyślił; koncepcja ta
nie miała tak samo twórców, jak nie mają znanych autorów
wierzenia i legendy - więc ze zbiorowych chyba rojeń (astro-
nomów? mity astronomii obserwacyjnej?) wyrosła taka wi-
zja: biała Wenus, gwiazda poranna i wieczorna, tajemniczo
zaciągnięta masywem chmur - to planeta młoda, w dżun-
glach cała i jaszczurach, i wulkanicznych oceanach, jednym
słowem: to przeszłość Ziemi. A Mars - wysychający, zardze-
wiały, pełen piaszczystych burz i zagadek (kanały potrafiły
się nieraz rozdwajać w przebieţu, stawały się bliźniacze przez
jedną noc! iluż pilnych astronomów to poświadczyło!), Mars
heroicznie walczący swoją cywilizacją ze zmierzchem życia
- to była przyszłość Ziemi; proste, jasne, wyraźne, zrozu-
miałe. Tyle, że nieprawdziwe od A do Z.
Pod uchem były trzy włoski, których nie chciał wziąć apa-
rat elektryczny; brzytwa zostałajednak na statku, więc zaczął
się do nich przymierzać tak i owak. Nie szło. Mars. Ci astro-
nomowie-obserwatorzy byli to jednak ludzie o bujnej fanta-
zji. Schiaparelli chociażby. Niesłychane nazwy, jakimi
ochrzcił; razem ze swym największym wrogiem, Antoniadim,
to, czego n i e w i d z i a ł, co mu się tylko zdawało. Chociaż-
by okolicę, w której budował się tu Projekt: Agathodaemon,
Demon, wiadomo. Agatho od agatu chyba, że czarny?
Czy agathon - mądrość? Astronautów nie uczą greki - szko-
da. Miał słabość do starych podręczników astronomii gwie-
fiNANKE I S S
;' zdnej i planetarnej. Ta ich wzruszająca pewność siebie: w I 9 I ;
roku głosiły, że Ziemiajest, z kosmicznej przestrzeni, c z e r-
w o n a w a, ponieważ atmosfera pochłania błękitną część
widma, więc, rozumie się, to, co pozostaje, musi być co naj-
mniej różowe. Kulą w płot! A jednak, kiedy się oglądało te
wspaniałe mapy Schiaparellego, wprost nie chciało się pomie-
ścić w głowie, że widział nie istniejące. Co najdziwniejsze,
inni, po nim, też to widzieli. Był tojakiś psychologiczny feno-
men, któremu później nie poświęcano już uwagi. Najpierw
ţ cztery piąte każdego dzieła o Marsie wypełniała topografia i
topologia kanałów - toż znalazł się w drugiej połowie XX
wieku astronom, który poddał ich sieć statystycznej analizie i
wykrył jej podobieństwo, właśnie topologiczne, do sieci ko-
lejowej, więc komunikacyjnej - w odróżnieniu od przebie-
gu naturalnych pęknięć czy rzek - a potem, jakby kto czar
zdmuchnął, jednym zdaniem kwitowano rzecz: złudzenie
optyczne - i kropka.
Oczyścił maszynkę pod oknem i chowając ją do futerału,
raz jeszcze spojrzał, już z nie ukrywaną niechęcią, na ten cały
Agathodaemon, na ów zagadkowy " kanał", który był nudnym
płaskim terenem z nielicznymi rumowiskami w zamglonym
horyzoncie. W porównaniu z Marsem Księżyc był po prostu
przytulny. Zapewne, komuś kto się na krok z Ziemi nie ru-
ţ szył, brzmiałoby to dziko, lecz przecież święta prawda. Naj-
pierw - Słońce jest stamtąd akurat takie samo jak z Ziemi, a
że to ważne, o tym wie każdy, kto nie tyle się zdziwił, ile
wprost przeląkł, ujrzawszy je w postaci skurczonego, zwię-
ţ dłego, zimnawego ognika. Ajuż majestatyczna, błękitna Zie-
mia, jak lampa, symbol bezpiecznego pobliża, znak domu,
rozjaśniająca tak dobrze noce - podczas kiedy Fobos z Dej-
mosem nie dawały nawet tyle światła, ile Księżyc w pierw-
szej kwadrze. No i cisza. Wysoka próżnia, spokojna, to nie
' był przypadek, że łatwiej przychodziło nadawać telewizyjne
156 S TANISŁAW LEM
lądowanie, pierwszy krok projektu Apollo, podczas kiedy o
analogicznym widowisku, ot, powiedzmy, ze szczytu Hima-
lajów, nie było nawet mowy. O tym, czym jest dla człowieka
wiatr, który nigdy nie ustaje, można się bez reszty przekonać
dopiero na Marsie.
Spojrzał na zegarek: był to zupełnie nowy nabytek, z pię-
cioma koncentrycznymi cyferblatami, podawał standardowy
czas ziemski, czas pokładowy i czas planetarny. Była szósta z
minutami.
Jutro o tej porze będę cztery miliony kilometrów stąd-
pomyślał nie bez satysfakcji. Należał do "klubu przewoźni-
ków", żywicieli Projektu, ale godziny jego służby były poli-
czone, bo na linię Aresterra wprowadzono już te nowe olbrzy-
miejednostki z masą spoczynkową rzędu 100000 ton. "Ariel",
"Ares", "Anabis" leżały na kursie Marsa od paru tygodni;
"Ariel" miał lądować za dwie godziny. Nigdy jeszcze nie wi-
dział lądowania stutysięcznika, bo na Ziemi siadać nie mogły;
ładowanoje na Księżycu, ekonomiści obliczyli, że się to opłaci.
Takie jednostki jak jego "Cuivier", z tymi kilkunastoma ty-
siącami ton, miały definitywnie zejść ze sceny. Ot, jakąś drob-
nicę będzie się jeszcze czasem nimi przerzucało.
Była szósta dwadzieścia i rozsądny człowiek zjadłby o tej
porze coś gorącego. Myśl o kawie też była zachęcająca. Ale
gdzie się tu można pożywić - nie wiedział. W Agathodae-
monie był po raz pierwszy. Dotąd obsługiwał główny przy-
czółek - syrtyjski. Dlaczego zaatakowano Marsa w dwóch
punktach naraz, odległych od siebie o kilkanaście tysięcy mil?
Znał uczone racje, ale myślał swoje. Zresztą nie obnosił się z
tym krytycyzmem. Wielka Syńa miała być termojądrowym
oraz intelektronicznym poligonem. Wyglądało tam zupełnie
inaczej. Niektórzy mówili, że Agathodaemon jest Kopciu-
szkiem Projektu i że już kilkakrotnie groziło mu zwinięcie.
Wciąż jednak liczyli jeszcze na tę jakąś zamarzłą wodę, na te
ANANKE I S %
ţ głębokie lodowce z zamierzchłych epok, które właśnie tu miały
tkwić, gdzies pod zapiekłym gruntem - pewno, że jeśliby się
Projekt dokopał miejscowej wody, byłoby to istnym trium-
ţ fem, zwazywszy, że na razie każdą kroplę woziło się z Ziemi,
ţ a urządzenia wychwytujące parę wodną z atmosfery budowa-
' no i budowano drugi rok, chwila zaś rozruchu wciąż się odda-
ţ lała.
Nie, stanowczo Mars nie miał dlań żadnych powabów.
Nie chciało mu się wyjść jeszcze - w budynku było tak
; cicho, jakby wszyscy gdzieś poszli czy pomarli. A nie chciało
mu się wyjść głównie przez to, że przywykał coraz bardziej
do samotności - dowódca może być na pokładzie zawsze
samotny, jeśli chce - i służyła mu dobrze: po dłuższej podróży
- leciało się teraz, po opozycji, przeszło trzy miesiące-
ţ musiał użyć pewnego wysiłku, żeby wejść tak od razu i po
prostu w tłum obcych ludzi. A nie znał tu nikogo oprócz dy-
żurnego kontrolera. Mógł pójść do niego na piętro, lecz było-
by to w nie najlepszym guście. Nie należy zawracać głowy
. ludziom przy pracy. Sądził podług siebie: nie lubił takich go-
ści.
W przegródce nesesera był termos z resztką kawy i pacz-
ka keksów. Jadł, starając się nie kruszyć, pił i patrzał przez
porysowaną piaskiem okrągłą szybę w stare, płaskie i jalţgdy-
; by śmiertelnie zmęczone dno tego Agathodeamona. Mars ro-
bił na nim takie właśnie wrażenie: że już mu wszystko jedno;
i dlatego tak dziwnie były nagromadzone kratery, inne od księ-
życowych, niby rozmyte ("jakby sfałszowane" - wyrwało mu
się raz przy oglądaniu dużych, dobrych zdjęć), i tak bezsen-
g ,
"
sowne te okolice dzikie o urzeźbienia zwane "chaosami,
miejsca ukochane przez areologów, bo niczego podobnego do
tych formacji na Ziemi nie było. Mars był jakby zrezygnowa-
ny, nie dbał ani o dotrzymanie słowa, ani nawet o pozory. Gdy
się ku niemu zbliżało, zaczynał tracić swój solidny, czerwony
158 STAN I Sł.AW LEM
wygląd, przestawał być emblematem boga wojny, powlekał
się niewyraźną burością, plamami, zaciekami, żadnego wyra-
zistego rysunku, jak na Księżycu czy Ziemi, rozmaz, szarawa
rdza i wieczny wiatr.
Pod stopami czuł najdelikatniejsze w świecie drżenie-
przetwornik albo transformator. Zresztą dalej panowała cisza,
w którąjakby z innego świata wnikał kiedy niekiedy odległy
skowyt wichury na linach mieszkalnego klosza. Piekielny pia-
sek dawał z czasem radę nawet dwucalówkom z wysokoga-
tunkowej stali. Na Księżycu można zostawić każdą rzecz, po-
łożyć na kamieniu i wrócić po stu latach, po milionie, ze spo-
kojną wiedzą, że leży nie tknięta. Na Marsie nie można nicze-
go upuścić z ręki - wsiąkłoby na amen. To nie była uczciwa
planeta.
O szóstej czterdzieści brzeţ horyzontu zaczerwienił się,
wschodziło Słońce, i ta plama jasności (żadnej zorzy, skąd)
znienacka - barwą - przypominała mu sen. Pełen zdziwie-
nia, powoli odstawił termos. Przypominał sobie, o co tam szło.
Ktoś chciał go zabić - ale to on zabił tamtego. Umarły gonił
go przez czerwono rozświetloną ciemność; zabijał go jeszcze
kilka razy, ale to nic nie pomagało. Idiotyczne, zapewne, ale
było tam coś jeszcze: był niemal pewny, że we śnie znał tego
człowieka, a teraz nie miał pojęcia, z kim walczył tak roz-
paczliwie. Oczywiście, poczucie znajomości też mogło być
złudzeniem snu. Próbował tego dojść, ale znów samowolna
pamięć milkła, wszystko na powrót chowało się milczkiem
jak ślimak do skorupy, i stał tak, przy oknie, z ręką na stalo-
wej framudze, trochę poruszony, jakby poszło o nie wiedzieć
co. Śmierć. Było jasne, że w miarę rozrostu kosmonautyki lu-
dzie zaczną umierać na planetach. Księżyc okazał się lojalny
wobec zmarłych. Pozwala skamienieć, obraca w lodowy po-
sąg, w mumię, której lekkość, prawie nieważkość odrealniają
i ujmuje jakby wagi katastrofie. Natomiast na Marsie trzeba o
nich dbać, niezwłocznie, bo piaszczyste wichry przetną każdy
ANţţE 15 9
ţ skafander w ciągu paru dni, i nim wysoka susza zmumifikuje
szczątki, wyjrzą z rozdartej tkaniny kości, polerowane, szlifo-
, wane z zapamiętaniem, aż obnaży się szkielet, który, rozsypa-
; ny, w tym o b c y m piasku, pod tym brudnym, o b c y m
ţ niebem, jest niemal wyrzutem sumienia, prawie zniewagą
ţ jakby przywożąc tutaj rakietami, razem z życiem, śmiertel-
! ność, ludzie robili coś niewłaściwego, coś, czego należy się
wstydzić, co trzeba ukrvć, zabrać gdzieś, pochować; wszyst-
ţ ko bez sensu, rozumie się -- ale tak w tej chwili czuł.
O siódmej była zmiana na stanowiskach kontroli lotu; a
podczas zmiany wvpada już i obcemu przyjść. Pochował swo-
je rzeczy do nesesera, nie było ich wiele, i wyszedł pamiętając
o tym. że trzeba się upewnić, czy rozładunek "Cuiviera" idzie
planowo. Do południa miał już ţţ,zbyć się całej swojej drob-
' nicy, a było tam parę rzeczy wartych sprawdzenia. Na przy-
kład chłodzenie osady pomoeniczeţo reaktora. Zwłaszcza że
musiał wracać z uszczuploną załoţą. O tym. aby móţł dostać
tu koţoś w zamian za Termana, nie bvło moţw. Po krętvch
schodach, wyłożonvch pianoplastykiem, z ręką na dziwnie
ciepłej, jakby ogrzewanej poręczy, dostał się na piętro, i ţvszy-
stko od razu zmieniło się całkow-icie; jakby on też stał się
...
rutkowska-j