Default.rtf

(1075 KB) Pobierz

 

             

Fungus

Harry A. Knight

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skanował:

Hun - Tun

 

                                          umaczył:

                                                                  Jerzy Śmigieł

 

 

 

Fung/us : rzecz, rodz. Nijaki (l. mnoga –i, -es) Grzyb, muchomor lub roslina pokrewna, także pleśń. (Bot.) roslina skrytopłciowa pozbawiona chlorofilu. Odzywia się materią organiczną; (Pat.) gąbczasta narośl nowotworowa; choroba skóry ryb.

 

Concese Oxford Dictionary

 

 

 


             

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZSIEWANIE

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I

Londyn. Wtorek, 6.20 wieczorem

Norman Layne zapomniał o kolizji z atrakcyjną blon­dynką na Tottenham Court Road już zanim dotarł do domu. Jego umysł zaprzątnięty był wieloma innymi po­ważniejszymi sprawami. Denerwowało go nieznośne swę­dzenie pod przepoconą, nylonową koszulą i czuł w sobie morderczą nienawiść do czarnego nastolatka, którego ra­dio grzmiało, jakby jego właściciel był jedynym użytkow­nikiem metra. Norman wściekał się w duchu, wiedząc, że płacone przez niego podatki szły na utrzymanie takich właśnie nierobów.

A potem doszło jeszcze upokarzające wezwanie od kontrolera, który ni z tego, ni z owego zapragnął spraw­dzić bilet. Norman był chorobliwie wręcz uczciwy, gdy chodziło o jakiekolwiek opłaty. Najbardziej jednak ziryto­wało go zmarnowanie całego popołudnia w dziurze, którą niektórzy wciąż jeszcze nazywali West Endem. Przez tele­fon powiedziano mu, że firma Bradford i Simpkins ma dla niego jakąś pilną pracę. Jednak gdy dotarł na miejsce oświadczono, że to pomyłka. Nie mógł tego zrozumieć. Stał bez słowa przed dwoma młodymi, aroganckimi sprze­dawcami i dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że oto życie spłatało mu kolejnego, brzydkiego figla.

Po wyjściu splunął z obrzydzeniem na chodnik, lecz ku własnemu zaskoczeniu natychmiast otrzymał ostrą rep­rymendę od przechodzącego obok policjanta niewiele zresztą starszego od dwóch sprzedawców. Wściekły nie na żarty powlókł się w dół Tottenham Court Road. Rozmy­ślał, nieomal został zaaresztowany za rzecz tak trywialną, gdy wszędzie dookoła panoszyli się czarni z tą swoją głośną muzyką, niebezpiecznymi deskorolkami, rowerami i rynsztokowym slangiem.

Właśnie wtedy zderzył się z tą wysoką blondynką. I to w dodatku z własnej winy, ponieważ zupełnie nie patrzył, dokąd idzie. A co gorsza to on był stroną poszkodowaną w tym spotkaniu. Klapnął ciężko na pośladki i przez chwilę siedział oszołomiony, podczas gdy przechodzący obok ludzie rzucali mu rozbawione spojrzenia. W końcu blondynka pomogła mu wstać i przeprosiła, lecz wiedział, że mimo uprzejmych słów śmieje się z niego. Rzucił jedno ze swych najostrzejszych spojrzeń i ruszył dalej, nie odpo­wiadając jej ani słowem.

Dotarł wreszcie do domu. Co prawda nie był to raj, ale przynajmniej bezpieczna przystań, w której mógł się schronić przed nękającymi go bez ustanku kłopotami. Tu­taj mógł uciec nawet przed największym problemem - żoną, Norą. To ona dokładnie zrujnowała mu życie. Mógłby być zupełnie kimś innym, gdyby go nie powstrzy­mywała bezustannie przed wszystkim.

Aby uniknąć spotkania poszedł na tył domku. Stojąc przy drzwiach kuchennych, przez chwilę uważnie nasłu­chiwał odgłosów aktywności z kuchni, gdy nic nie usły­szał, szybko prześliznął się do swego warsztatu. Gdy za­palił światło i zamknął za sobą drzwi, westchnął z ulgą. Większość przyjemności, jakie jeszcze czerpał z życia, znajdowało się w tym pomieszczeniu: szafy na narzędzia, półki zapchane książkami o ciesielce i wyrobach arty­stycznych w drewnie, przedmioty w różnym stadium wy­kończenia i długie, nie tknięte jeszcze drewniane bale, roz­siewające wokół swój delikatny zapach.

Przez chwilę poczuł się gorzko rozczarowany, że nie dane mu jest wykonywać swój właściwy zawód, lecz już po chwili magia tego pomieszczenia owładnęła nim z całą mocą i wkrótce znalazł równie satysfakcjonujące zajęcie - dodatkowe polerowanie nie wykończonego jeszcze sekretarzyka...

Zaczął przesuwać papierem ściernym po gładkiej powierzchni blatu. Było to przyjemne, nieomal zmysłowe uczucie. Te ruchy nigdy nie nasuwały mu żadnych sek­sualnych skojarzeń. Seks zajmował zawsze wyjątkowo ni­ską pozycję na jego liście potrzeb — ale dla postronnego obserwatora natychmiast stawało się jasne, że kocha się z drewnem.

Gdy głaskał i pieścił lśniącą powierzchnię, czuł, jak napięcie całego dnia zaczyna go z wolna opuszczać...

 

Środa, 7.07 rano

Nora Layne leżała jeszcze w łóżku, zastanawiając się, co się u licha mogło stać z jej mężem. Nie było go całe popołudnie i wieczór. Poprzedniej nocy zasnęła dość wcześnie. Wypiła być może o jeden kieliszek sherry za du­żo, i spała aż do rana. Była nawet zadowolona, że Norman nie spędził tej nocy w łóżku — pościel nie była tym razem w zwykłym nieładzie.

To było dziwne, że chociaż ich wzajemne stosunki od dawna stały się więcej niż chłodne, upierał się, aby nadal spali we wspólnym łóżku. Zgadywała, że robił tak, aby utrzymać pozory życia małżeńskiego przed sąsiadami. Al­bo przed Bogiem. Być może sądził, że Bóg uwierzy w po­zory. Już od lat nie zastanawiała się, o czym on właściwie myśli. Była pewna, że nie o niej. I było jej to nawet obo­jętne...

A więc, gdzie mógł spędzić tę noc? Na ławce w pocze­kalni? Ale przecież tam jest tak strasznie niewygodnie. Nie mógłby zmrużyć oka...

Na tę myśl uśmiechnęła się do siebie. Z pewnością siedzi już w tym swoim ukochanym warsztacie i czeka, aż mu zro­bi śniadanie. No, ale dzisiaj sobie poczeka. Dla odmiany większą część dnia postanowiła przeleżeć w łóżku.

Napięcie, które odczuwała co rano, budząc się tuż obok tego starego szczura znikło i zaczęła ją nawet cie­szyć ta nagła rebelia przeciwko rutynie wielu lat. Pamięć wsączyła w jej umysł wspomnienie chwil dzielonych razem z Normanem, w tym samym łóżku, dawno temu. Wyda­wały się tak nieprawdopodobne i oderwane od rzeczywi­stości, że wkrótce zblakły. Zamiast tego zaczęła ponownie gorzko rozmyślać o swym zmarnowanym życiu.

Po przeszło godzinie wstała, wsunęła stopy w błękitne, niegdyś puszyste kapcie, okręciła się wyblakłym zielonym szlafrokiem i zeszła do kuchni. Było pusto i bez żadnych widocznych śladów śniadania. Nie wypił nawet filiżanki kawy.

Zaskoczona przyłożyła szklankę do ściany i przycisnę­ła do niej ucho. Z warsztatu nie dobiegał jednak żaden dźwięk. Co się z nim stało?

Perspektywa życia bez Normana nie przeraziła jej. By­łoby to wspaniałe, jak długo wszystkie rachunki pozosta­wałyby w należytym porządku. Nigdy nie orientowała się w kwestiach finansowych. Lecz jeżeli coś mu się rzeczy­wiście stało — na przykład atak serca — to powinna się o tym jak najszybciej dowiedzieć. Im szybciej go stąd za­biorą, tym lepiej. Zanim zacznie śmierdzieć. Słyszała, że smród rozkładającego się ciała jest niezwykle trudny do usunięcia, nawet gdy się używa najsilniejszych odświeża-czy powietrza.

Leciutko, z wahaniem, zastukała do drzwi prowadzą­cych do warsztatu. Ponieważ nie było odpowiedzi, zastu­kała silniej. Ponownie odpowiedziała jej cisza. A więc po­zostało jej tylko wejść. Nie była tam od czasu, gdy pou­kładała jego narzędzia nie tak, jak trzeba. Kiedy to wła­ściwie było? Nawet nie pamiętała.

W każdej chwili gotowa do ucieczki, pełna napięcia otworzyła powoli drzwi. Ale w pomieszczeniu panowała absolutna cisza. W nozdrza uderzył ją dziwny zapach, przypominający trochę zbutwiałe drzewo. Ośmielona, weszła do środka... i niemal krzyknęła.

Jedna ściana warsztatu pokryta była grubą warstwą pleśni.

Paskudny grzyb pomyślała spoglądając z przerażeniem na ścianę. Rzeczy tego typu nieodmiennie napawały ją wstrętem. Usunięcie czegoś takiego z ich pierwszego domu okazało się niezwykle kosztowne. Norman pokazał jej kiedyś puszyste, żółte i białe grzyby, które strawiły nie­omal doszczętnie wsporniki podłogowe. Dla żartu przycis­nął do nich jej dłoń. Jeszcze dziś na samo wspomnienie przeszywał ją dreszcz obrzydzenia.

Lecz to paskudztwo było o wiele większe. Musiało na­rastać przez całe lata! Podłoga, ściany i sufit pokryte były miękkim, odrażającym dywanem. Stoliki i półki stały się bezkształtnymi skupiskami pleśni. No i ten zapach. Był tak intensywny, że przyprawiał ją o torsje.

Dlaczego Norman pozwolił, aby to się tak rozrosło? I to w dodatku tutaj, w tym jego sanktuarium? Nagle przyszło jej do głowy, że to musiało rosnąć niezwykle szybko. Było to jedyne rozsądne wytłumaczenie. Być mo­że przez lata rosło pod klepiskami podłogi lub za ściana­mi, wypełzając dopiero zeszłej nocy. Tak, to wyjaśniło także, dlaczego nie było tu Normana — z pewnością wy­szedł, aby kupić coś, co pozwoli mu pozbyć się tego pa­skudztwa. Jakiś płyn, od którego nieustannie drapie w gardle i po którym przez parę dni śmierdzi cały dom...

Podniosła drewniany kij i ze złością wsadziła go w największe skupisko grzyba. Niespodziewanie przez war­stwę pleśni przebiegł wyraźny dreszcz, a po chwili cała masa poruszyła się...

A co gorsza — przemówiła.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin