ADOLFD~1.DOC

(711 KB) Pobierz
Adolf Dygasiński AS

Adolf Dygasiński AS

 

ROZDZIAŁ I

Albin Zabrzeski. - Były właściciel majątku ziemskiego i były nadleśny. - Wyżeł. -

Warowanie i aportowanie. - Psy na placu Ewangelickim i na Zielonym. - Sześć sióstr

panien. - Czarne oczy Morusieńki. Pan Albin Zabrzeski, warszawski elegant, jeden

z takich, co to pierwszy by się nie zawahał chodzić na czworakach, gdyby mu bieżąca

moda nakazywała. Przed kilku laty można go było widzieć wystawającego przy szybach

różnych modnych sklepów galanteryjnych i jubilerskich. Uperfumowany, z grzywką na

czole, z włosami troskliwie przez sam środek głowy rozczesanymi, płaszczyk z pelerynką,

laska o rączce z kości słoniowej - wszystko, od kapelusza aż do skarpetek, ostatni

żurnal. Na to przyozdobienie swej osoby nie potrzebował wcale pracować. Dzięki spuściźnie

po ojcu mógł żyć dostatnio i w bezczynności. Takiemu dobrze na świecie: rzadkie rozrywki

i przyjemności innych ludzi są to jego zwyczajne zajęcia.

Coś dziesięć lat tak przeżył i w trzydziestym piątym roku życia zaczął się odzywać

do ludzi, z którymi żył bliżej: „ Słowo honoru daję, nieznośne i głupie jest życie

” . Mówił to ziewając i tonem ofiary, która wśród poświęceń odkrywa światu nie znaną

dotąd prawdę.

Zrobił się kwaśny, w rzeczywistości nic szczerze nie lubił. Do teatru uczęszczał

teraz tylko przez nałóg, na balach tańczył jak z musu, w winta przegrywał lub wygrywał

obojętnie, zarzucił modny obecnie sport na bicyklu i już nie chciał o nim słyszeć.

Ale co tu mówić, on na piękną kobietę spoglądał przez szkiełko w oku z fizjonomią

człowieka, który po raz trzeci został wdowcem.

Wśród takiego rozbicia pan Albin zaczął poszukiwać ocalenia w knajpach, gdzie niekiedy

można znaleźć wesołe towarzystwo i zabawić się cudzym dowcipem. Przypadł mu jakoś

do smaku ten rodzaj spokojnego sybarytyzmu na nowym forum. Zaglądał naprzód dosyć

pilnie Pod Daszek, gdzie, jak wiadomo, jadają śniadania i kolacje dziennikarze, literaci,

artyści i rozmaity naukowy proletariat, który lubi wydać, a nie może częstokroć zarobić.

Nie każdego tam ciągnie półmisek i butelka, więcej chęć spotkania ludzi, uprzyjemnienia

sobie nudnego aktu odżywiania. Stosunków przyjaźni, koleżeństwa nikt zapewne nie

poszukuje na tej drodze, ale spotkać się w knajpie z przyjacielem, kolegą jest równie

dobrze, jak i gdzie indziej. Jeden drugiemu niemo wtedy mówi: „ Bądź moim ulubionym

kwiatem podczas biesiady! ”

Niczyim kwiatem nie był Zabrzeski, tylko jemu samemu przez pewien czas było tu dobrze.

Śniadanie jadał przy stoliku dziennikarzy i grywał o koniak w tak zwaną „ derdymałkę

” , co się niekiedy zaciągało do czwartej po południu. Gdy przychodził wieczerzać,

zawadzał o inne jakie kolegium i tak mu dzień schodził.

Mężczyźni, gdy już przejdą poza okres dojrzałości i zaczynają więdnąć, w rozmowach

swoich bardzo chętnie zwracają się ku płci pięknej. Niejeden sam z sobą prowadzi

monologi na tenże temat bodaj nie z płaczem, ale odbija się za to w towarzystwie

drwiąc wesoło z takich spraw, które go przed chwilą mocno bolały. Wiele tomów dałoby

się ułożyć z dowcipów, żartów i anegdot, opowiadanych w kółku artystyczno - literackim

Pod Daszkiem, a zawsze stosowanych do rodzaju żeńskiego. Patrząc na tych, po największej

części dobrze już podtatusiałych biesiadników, musiałeś mimowolnie pomyśleć: „ Co

zamiera w życiu, zmartwychwstaje w pieśni ” . I to jest dobre jako mały dodatek do

życia.

5 Ta sfera jednakże nie była odpowiednia dla pana Albina, który z owym gronem ludzi,

oprócz sympatii dla takich rozmów, nie miał zresztą nic a nic wspólnego. Czuł on

przy tym, że go tutaj lekceważą, i to wrażenie zatruwało mu rozkosz słuchania dowcipów.

Kiedy nareszcie pewien złośliwy literat wyraził się o jakimś budynku, że to jest

„ styl cielęcej główki z grzywką nad czołem, rozczesanej przez środek i w płaszczyku

z pelerynką ” , Zabrzeski wziął przycinek do siebie i zakład Pod Daszkiem stracił

gościa.

Jadał potem śniadania na Miodowej z adwokatami. Ale wśród wszystkich zawodów sybarytyzm

palestry jest najmniej powabny: prawnicy jedzą i piją szybko, rozmawiają o rzeczach

poważnych i najczęściej są zarozumiali jak prorocy. W głowie przeciętnego warszawskiego

adwokata tkwi zawsze podczas śniadania ostatni proces, ostatnia partia winta, ostatnie

wielkie bankructwo. Naturalnie, nie brakuje wyjątków. . . Między prawnikami pan Albin

znowu zaczął wątpić o wartości życia i postanowił jadać śniadania samotnie.

Przeniósł się więc na plac Teatralny do Müllera, gdzie jednak nie zdołał uniknąć

znajomości z niejakim panem Wincentym, byłym właścicielem majątku ziemskiego, i z

panem Marcinem, byłym nadleśnym. Ci dwaj nowi towarzysze, jako ludzie bez zajęcia,

mieli bardzo wiele czasu do zabicia. Opowiadali oni, że poszukują w Warszawie posad,

że tutaj niedawno przybyli, że im się miasto bardzo podoba, chociaż drożyzna itd.

Barczyści, ogorzali, prostoduszni wieśniacy nazywali Zabrzeskiego „ panem dobrodziejem

” i okazywali mu tyle szczerego szacunku; że go tym dziwnie za serce wzięli. Słuchali

uważnie, a śmiali się do rozpuku, kiedy im opowiadał rozmaite anegdoty zaczerpnięte

z literackiego kółka Pod Daszkiem. Pochlebiało to wywiędłemu mieszczuchowi, że takie

żubry mają dla niego uznanie, którego on gdzie indziej nie znajdował. Kiedy się bliżej

już z nimi poznał, a wyczerpał prawie wszystko, co miał do powiedzenia, zaczęli oni

dopiero mówić.

Doświadcza się znacznej przyjemności czytając różne opisy i opowiadania utalentowanych

autorów, ale potęguje się jeszcze zadowolenie, gdy nam ktoś żywym słowem i z talentem

przedstawia obrazy przygód, których on sam osobiście doświadczał.

Pan Wincenty i pan Marcin byli to zapaleni myśliwi, a w opowiadania swoje myśliwskie

wkładali cały zapał, całą energią owej namiętności, co to bez względu na niewygody,

niebezpieczeństwa pędzi człowieka z kniei w knieję i skazuje go na życie cygańskie.

Ustaliło się przekonanie, że myśliwi sławnie kłamią. Jest to przyznanie myśliwym

zdolności, jakimi się odznaczali: Homer, Wergiliusz, Tasso, Dante, Cervantes i inni

poeci. Niech zmyśla ten, kto umie pięknie zmyślać! Naga prawda bowiem jest nieraz

nudna, gdy j ej sztuka nie przystroi w nadobne szaty zmyślenia.

Były ziemianin i były nadleśny posiadali ważne warunki autorstwa: szczerze kochali

swój przedmiot opowiadania, znali go na wylot i posiadali język prosty, jędrny.

Każdy wie, że mnóstwo arcydzieł nie drukowanych przepada razem z imionami swych twórców.

Czyż talent i miłość tworzenia jakiego Sabały koniecznie chodzi w parze z pretensją

do drukowania?

Pachniało naokoło rozpróżniaczonego paniczyka, gdy jego towarzysze żywo malowali

obrazy kniej, niedostępnych wertepów, jarów w różnych porach roku. Nikt lepiej od

myśliwego nie zna piękności wschodu i zachodu słońca, uroków nocy na pełni księżyca

i ciemności pełnej grozy. Cóż mówić o śmiertelnych nieraz zapasach z dzikimi olbrzymami

borów, o zgiełku psiarni, rogów myśliwskich, o huku strzałów? Tak jak przygody Robinsona

ogarniają umysł dziesięcioletniego chłopca, podobnież opowiadania myśliwych podbiły

zupełnie umysł Zabrzeskiego. Oni ciągle wyczekiwali na jakieś posady, ciągle ich

spotykał zawód, ciągle mieli dużo czasu do zabicia i tonęli we wspomnieniach życia

przeszłego. On wysysał niejako ich zapał i coraz bardziej przejmował się żyłką myśliwską.

Pod takim wpływem pozostawał pan Albin pewnie ze trzy miesiące i został czysto teoretycznym

myśliwym. „ Myślistwo jest bardzo przyjemną i szlachetną rozrywką, muszę się wziąć

do tego sportu! ” - - tak sobie nieraz myślał w duszy.

6 Tymczasem owi nieocenieni towarzysze śniadaniowi naprzód zaczęli kwaśnieć i tracić

chęć do gawędy, następnie przestali bywać u Müllera, gdzie ich służba nazywała „

ćwikami ” . Po panu Wincentym i po panu Marcinie zostało tylko wspomnienie, że pierwszy

zjadał na śniadanie kopę kołdunów, drugi - łokieć kiełbasy z kapustą i że obaj brzydzili

się czarną kawą z likierem, a pijali węgrzyna tylko.

Gdzież się podzieli ci ludzie? Może wyjechali z Warszawy, może dostali posady i wzięli

się do pracy, a może jadali śniadanie gdzie indziej.

Kiedy się teraz Zabrzeski przeniósł do Stępkowskiego i tam na śniadaniach spotkał

znowu towarzyszy, ale już nie myśliwych, rozprawiał z nimi tylko o polowaniu. Przejął

się zaś do takiego stopnia duchem myśliwskim, że prawdziwe i nieprawdziwe zdarzenia

przedstawiał jako własne życiowe doświadczenia; co więcej, zupełnie samodzielnie

tworzył nowe opowieści, anegdoty. Można go istotnie podziwiać z tego względu, iż

nigdy w życiu nie był na polowaniu, lasy znał jedynie z okien wagonu kolei żelaznej

i z malowanych pejzażów, a strzelał tylko do zawieszonych butelek na Saskiej Kępie,

do tekturowych zwierząt w Promenadzie, do jajka na wytrysku fontanny w Bellevue.

Jego ciekawe opowiadania wytworzyły atoli w umysłach nowych towarzyszy niezłomne

przekonanie, iż mają do czynienia ze znakomitym myśliwym, w co ostatecznie i on sam

uwierzył z czasem. Żeby opinii takiej nadać poważny charakter, począł uczęszczać

do strzelnicy, gdzie usilnie wprawiał się w celne strzelanie. Następnie poszedł jednego

dnia do magazynu Ronczewskiego i sprawił sobie tam wszystko, czego myśliwy potrzebuje,

naturalnie oprócz rzetelnie myśliwskiego animuszu. Kupił więc odtylcową dubeltówkę

z dwiema parami luf i w mahoniowym pudle, ładunki pierwszego gatunku z prochem cesarskim,

torbę myśliwską, trąbkę, świstawkę, kordelas, flaszkę na wódkę i co tam jeszcze.

Jakkolwiek nie zarzucił ani grzywki, ani rozczesywania włosów przez środek głowy,

nosił teraz jednak niekiedy bury strzelecki kapelusz z piórkiem i polecił krawcowi,

aby mu sporządził myśliwskie ubranie.

U wszystkich znajomych dowiadywał się, czy kto nie ma na zbycie dobrego wyżła, a

gdy go zawodziły te poszukiwania, podał do kuriera treściwe ogłoszenie: „ Chcę kupić

rasowego i dobrze ułożonego wyżła ” .

Kto posiada dobrego psa, przypadkiem tylko zmuszony może go mieć do sprzedania; przeto

różni ludzie zgłaszający się z wyżłami usiłowali wetknąć panu Albinowi psy pokojowe,

które umiały wykonywać najrozmaitsze sztuczki; jeden skakał przez kij i na zawołanie

„ ciepło! ” zrywał czapkę z głowy, inny znowu wyciągał z kieszeni chustki do nosa,

nosił za panem laskę itd. Mnóstwo było do zbycia tych psich błaznów, a Zabrzeski

ciągle się wahał. Nareszcie przyszło mu do głowy, że najlepiej będzie nabyć młodego

wyżła i albo go własną pracą ułożyć, albo oddać gdzie na naukę. Wpadł mu zaś był

w oko bardzo przyjemny z powierzchowności, fertyczny, czarny jak kruk ponter imieniem

As.

Bywają ludzie z bardzo krewkim temperamentem, ale największy nawet narwaniec - człowiek

nie daje się porównać z psem - wariatem, zwłaszcza gdy pies okazuje wesołość, ochotę.

Gdy się zdarzy taki sangwiniczny wyżeł wpadający w szały, potrzebuje on wytrawnej

ręki wychowawczej, aby go uczyniła dobrym, mądrym psem myśliwskim - i to we właściwym

wieku. As stanowił ideał psa - szaleńca. Sprzedał go był jakiś mieszkający na Sewerynowie

emeryt, który miał sześć córek i te z młodym wyżłem wyprawiały w domu takie hałasy,

że stary nie mógł się oddawać swej nałogowej poobiedniej drzemce. Tyranizowany przez

córki, nie śmiał im zabronić swawoli zgiełkliwej i przemyśliwał tylko, jak by się

tu pozbyć nadzwyczajnie hałaśliwego psa. Otóż, kiedy wyczytał w kurierze ogłoszenie

pana Albina, nikomu nic nie mówiąc wyprowadził potajemnie z domu Asa i s pr zedał

go szczęśliwie.

Zabrzeski niebawem sprawił sobie książkę o układaniu wyżłów i systematycznie rozpoczął

domową edukacją psa, polegającą na nauczaniu warowania i aportowania. Wyraz „ waruj!

” był teraz ciągle na ustach pana Albina. Jednakże As, który wiek szczenięcego żywota

spędził

7 między pannami, karmiony przysmakami i pieszczony do zbytku, uważał sobie takie

„ waruj! ”

za proste wezwanie do figlów i w odpowiedzi na to szczekał zapalczywie, wyskakując

jak szalony przed swym nauczycielem. Stosownie do przepisów książki, nauczyciel przyciskał

nieraz ucznia ręką do ziemi, z ogromnym naciskiem wykrzykując: „ Waruj, waruj! ”

Ale skoro tylko ręka pofolgowała, As się natychmiast zrywał i w dwójnasób wynagradzał

sobie takie przymusowe zahamowanie energii. Co tu począć?

Książka radziła, ażeby - w razie, gdy nie skutkują środki łagodne i pies okazuje

upór - użyć sposobów surowych, to jest zastosować powszechnie znaną, a słusznie przez

długi czas cenioną metodę patyka. Chociaż niefachowy pedagog, Zabrzeski wiedział,

że ból doświadczony na własnej skórze obudza pożyteczne uczucie obawy, która z kolei

rzeczy wiedzie do posłuszeństwa, czyli do zaniechania uporu. Zdawałoby się, że to

spostrzeżenie psychologiczne jest prawdą niezaprzeczoną i że trzeba nie mieć oleju

w głowie, aby się zrzec tak skutecznego środka, a jednak. . .

Nie wskórawszy nic a nic w pierwszym tym dziale domowej edukacji, nauczyciel uznał

za rzecz właściwą przystąpić do działu drugiego, to jest do niezmiernie trudnej nauki

aportowania. Dla psa - flegmatyka z usposobieniem leniwym warowanie niewiele nastręcza

trudności, gdyż spoczywa ono już w usposobieniu: pies - próżniak i bez nauki kładzie

brzuch na ziemi, głowę między wyciągnięte przednie łapy i leży. Wyżeł z żywym, gorącym

temperamentem ma już we krwi niejako aportowanie.

Och, As okazywał aż nadto pochopności do chwytania w zęby wszystkiego, co się nadarzyło.

Gdy raz znalazł na sofie otwartą książkę o układaniu wyżłów, wlazł z nią pod sofę

i tam doszczętnie podarł, pogryzł. Za to otrzymał znowu chłostę szpicrózgą i wprawdzie

nie utracił chęci do brania w zęby innych przedmiotów, ale sam widok książki napełniał

go nieopisaną trwogą. Pokazuje się, że aby oduczyć, trzeba bić za każdą rzecz; aby

nauczyć, bicie często nie pomaga. Mocna wiara w uogólnione teorie prowadzi wychowanie

psów na manowce: psy - są to indywidualności.

Pan Albin też coś jak by pojmował, iż spełnienie rozkazu „ waruj! ” brzmi dla Asa

ponuro, przechodzi poniekąd jego siły; tymczasem „ aport! ” pobudza go do czynności.

. Za podnoskę do aportowania miał posłużyć okaz wypchanej wiewiórki, stary grat wyciągnięty

spomiędzy rupieci. Naszemu wyżłowi aż się ślepie zaiskrzyły, gdy pan jego z wyrazem

„ aport ” na ustach trzymał w ręku wiewiórkę.

Owe lekcje tak wypełniały czas Zabrzeskiemu, że teraz później jadał śniadania, wcześniej

powracał do domu z kolacyj, wstawał regularnie o ósmej z rana i zaraz się zabierał

do lekcyj z wyżłem.

Już po upływie dwóch dni nauki wydało się panu Albinowi, że As zrobił znaczne postępy

w aportowaniu, gdyż jakkolwiek nie odnosił jeszcze panu podniesionego przedmiotu,

pozwalał go sobie jednak odbierać. Toteż trzeciego dnia rano nauczyciel, dumny z

osiągniętych rezultatów, a pełen nadziei na przyszłość, pod najlepszą wróżbą rozpoczął

swoją pracę. Za pierwszym rzuceniem podnoski i na zawołanie „ aport! ” As z właściwą

sobie skwapliwością i zwinnością poskoczył ślizgając się po woskowanej posadzce,

o którą stukały jego pazurki. Pełen zapału pochwycił w zęby upragniony przedmiot,

ale ani myślał odnosić go panu, tylko co tchu zmykał gdzieś tam na tyły mieszkania.

Właśnie o tej porze służący Franciszek powynosił z mieszkania na dziedziniec meble,

aby z nich kurze wytrzepać, i zostawił tylne drzwi otwarte, co pozwoliło wyżłowi

swobodnie wymknąć się z domu.

- As, do nogi! . . . As, aport! . . . - wołał Zabrzeski stanąwszy w negliżu przy

lufciku. Pies spojrzał parę razy w okna pierwszego piętra, jak gdyby drwił z krzyków

swego mistrza, a potem wyciągnął się pod pompą według przepisów o warowaniu i trzymając

między przednimi łapami wypchaną wiewiórkę, zaczął ją pracowicie patroszyć.

Krzyk pana Albina posłyszał trzepiący meble Franciszek i chciał wyżła zawrócić do

mieszkania. To mu się nie udało, gdyż zbieg porwał podnoskę i z podniesionym w górę

8 ogonem bardzo raźno, ochoczo derdnął za bramę. Zaraz na ulicy spotkał go inny pies,

pudel z

pochodzenia, właśnie kończący obwąchiwanie węgła domu, a teraz zaciekawiony w najwyższym

stopniu przedmiotem niesionym przez Asa w zębach. - „ Co by to mogło być takiego?

” . . .

Ponieważ Zabrzeski mieszkał przy Erywańskiej, przeto wyżeł wydostawszy się na ulicę

niedaleko miał plac Ewangelicki, dokąd też żwawo się puścił, a za nim pędził w derdy

ów rozciekawiony pudel, pragnący namiętnie zajrzeć z bliska Asowi w zęby. Za psami

w odległości kilkunastu kroków podążał służący Franciszek z trzepaczką w ręku, złowrogim

spojrzeniem w oku i przekleństwem na ustach:

- Bodaj jasne pioruny spaliły taką służbę! . . . Mało kto może zwrócił uwagę na to,

że plac Ewangelicki jest od dawna ulubionym punktem zbornym psich schadzek, szczególniej

w godzinach porannych. W porze letniej, jak tylko się rozpocznie dzienny ruch miejski,

można się tutaj przyjrzeć wielce uciesznym scenom psich figlów. Właśnie i teraz wyprawiał

tam harce, skoki, pląsy jakiś nadzwyczajnie zwinny mopsik z ogonkiem w kółko zakręconym

i w obróżce z dzwoneczkami. Za współzawodnika w turnieju popisowym miał ten psi akrobata

atletę, ogromnego popielatego doga z obciętymi uszyma, w szerokiej metalowej obroży

z monogramem swego pana. Kilka innych psów w charakterze widzów zdawało się brać

żywy udział w widowisku: opasły, gruby w karku i pysku, z obwisłymi policzkami buldog;

delikatny, wątłej budowy charcik, na którym mimo ciepłych promieni słońca drżała

febrycznie skóra przywykła do pokojowej atmosfery; pudel przez nożyce na lwa wystrychnięty;

wyżeł, co sfilistrzał w mieście używając ze swym panem tylko raz na dzień przechadzki

od domu do knajpy; nareszcie jakiś mieszaniec skrobiący się nieustannie tylną łapą

po wełnistym karku.

Niektóre z nich stały, inne przysiadły na ogonie, przyległy na brzuchach, a z ich

fizjonomii można było wyczytać, że gdyby tylko posiadały ludzkie dłonie, z pewnością

biłyby mopsikowi oklaski. Inteligencją i pełną wdzięku zręczność malców widocznie

psy nawet cenią wyżej aniżeli brutalną siłę olbrzymów.

Pojawienie się na placu Asa i pudla nieustannie Asowi zaglądającego w zęby przerwało

wesołą zabawę. Wszystkie psy, ile ich tam było, zwróciły ciekawe oczy na przybyszów,

a każdy zdawał się wzrokiem zapytywać:

„ Co też ten wyżeł może nieść w zębach? ” Niebawem wielki dog pierwszy przyskoczył

do Asa, nastroszył się okrutnie i musiał mu warknąć do ucha jakąś brutalną groźbę,

gdyż młody wyżeł bojaźliwie spuścił ogon, pokornie się przypłaszczył i jednocześnie

wypuścił z zębów wiewiórkę. W tejże chwili lotem strzały przyskoczył mopsik, chwycił

upuszczoną podnoskę i pognał z nią w cwał przez plac, a za nim popędziły teraz wszystkie

psy, nie wyłączając Asa i przybyłego z nim pudla. Cała ta gromada obiegła naokoło

kościół, po czym zjawiła się znowu na placu, naprzeciwko pałacu Kronenberga. Już

ten, już ów zaskakiwał drogę mopsowi, który jednakże umiał się zawsze zręcznie wywinąć,

a w ostatnim razie uchodził popod brzuchami psów większych.

Żywym ruchem roiło się to psiarstwo; z wiewiórki na wszystkie strony wyłaziły jakieś

kłaki, a co ją który pies dopadł, skubnął, potem się zatrzymywał, smakował i usiłował

wypluć pakuły, oblegające mu podniebienie.

Tak się tutaj rzeczy miały, kiedy niespodziewanie wtargnął na plac Franciszek, uzbrojony

w trzepaczkę do mebli. Fizjonomia człowieka pełna goryczy, jego chód niecierpliwy,

ruchy niespokojne i ta trzepaczka, wyglądająca jakoś podejrzanie w rękach ludzkich,

wszystko to sprawiło, że As jakby poczuwając się do winy zaczął rejterować. Inne

psy widocznie pozostawały w niepewności, co czynić, i wyczekiwały dalszego przebiegu

wypadków. Atoli mopsik naraz wypuszcza z pyska podnoskę, odważnie naciera na Franciszka

i szczeka zapalczywie. Pozostałe psy, zachęcone przykładem, tak dalece nabrały otuchy,

że nawet As, dezerter, zawrócił i dopiero cała ta psiarnia opadła służącego, zuchwale

nań nacierając,

9 zajadle go oszczekując na różne głosy. Zaskoczony Franciszek używał trzepaczki

jako broni

odpornej, przy tym idąc tyłem wycofywał się z trawnika, pewny, że skoro dotrze do

głównej alei placu, psy zaniechają dalszej napaści. Biedak zapomniał, że aleję główną

oddzielają od trawnika pręty grubego drutu, przeciągnięte między drewnianymi słupkami!

Skoro więc w swoim cofaniu się natrafił nareszcie nogami na ową zdradliwą przeszkodę,

poderwany znienacka, padł tyłem jak długi na główną aleję nakrywając się nogami.

Nie przewrócił on wprawdzie przechodzącej tamtędy właśnie jakiejś otyłej niewiast

y, ale upadkiem swoim narobił jej takiego strachu, że baba wrzeszczała jak opętana.

Powstały stąd zamęt usposobił psy do odwrotu, do czego może się też przyczynił i

widok stójkowego, który już nadchodził w groźnej postawie.

Cała czereda z mopsikiem na czele powywieszawszy języki puściła s i ę dr ogą poza

kościołem, następnie przebiegła w skok ulicę Erywańską między snującymi się dorożkami

i wypadła na plac Zielony, obiecujący daleko więcej swobody.

Markotny, bo potłuczony, Franciszek powrócił do domu, gdzie krótko a węzłowato oświadczył

Zabrzeskiemu, że on godzi się tylko do obsługiwania panów, nie myśli zaś na stare

lata zbijać psy po mieście, gdyż od tego są stróże, posługacze i inne podlejsze gatunki

człowieka. Potem usiadł w przedpokoju i wymrukiwał, że go przepłacano, aby przyjął

służbę w Ogrodzie Zoologicznym, a nie chciał, ponieważ uważa sobie za ostatnie upodlenie

usługiwanie zwierzętom.

Pan Albin, człowiek mało stanowczy, zmilczał udając, iż nie słyszy tych przemów i

przycinków; wypytał się tylko służącego, gdzie obecnie As przebywa, i sam osobi ści

e wyruszył na obławę.

Na Zielonym placu było nadzwyczajnie wesoło. Tym razem w przedstawieniu główne role

przypadły Asowi i pudlowi. Oba psy w odległości jakich trzydziestu kroków przywarowały

jeden naprzeciwko drugiego i bacznie spoglądały sobie w oczy. Nagle As powstał i

czając się szedł noga za nogą w kierunku pudla, ażeby go niby też to znienacka napaść.

Ta psia zabawa jest jakby prototypem znanej gry dzieci: „ bawmy się w zająca ” .

Mędrszy bierze zwykle na się w tej zabawie rolę głupiego, a tak się zachowuje, jak

gdyby rzeczywisty głupiec był bardzo mądry.

- As, do nogi! - krzyknął Zabrzeski, a głos jego rozkazujący na miejscu stropił wyżła

i zupełnie mu odebrał chęć do dalszej zabawy.

Przyzwany w chwili kiedy właśnie miał się rzucić na rzekomego zająca, a potem go

ścigać wypłoszywszy z kotliny, As, spiorunowany znanym sobie głosem, wstydliwie wtulił

ogon pod siebie i ciągle się oglądając kłusował w przeciwległą okolicę placu, byle

jak najdalej od pana. Pudel jednakże nie stracił przytomności umysłu, chociaż występował

w roli lękliwego zająca; przez chwilę rzucał bystro oczyma to na wyżła, to na przybyłego

człowieka, jak gdyby sobie chciał wytworzyć należyty sąd, o co takiego może tu chodzić.

Widocznie zrozumiał wszystko i na tej zasadzie postanowił działać, gdyż truchtem

pobiegł do Asa i st...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin