LEGENDY WARSZAWSKIE
Artur Oppman
2 Noc srebrna śniegiem, wiatr mroźny dmucha,
Na skrzypcach zimy gra zawierucha, Kłębami śniegu w okna uderza, To coś zaszepce,
jakby z pacierza, To się rozjęczy nutą żałosną, Jakby tęskniła za cudzą wiosną, To
znów na chwilę płacz swój uciszy I gwiazd milionem błyśnie w tej ciszy.
Jakże to miło w wieczór zimowy W cieple zacisznej siedzieć alkowy; W piecu się ogień
dopala właśnie, W ciemnej czeluści mignie, to zgaśnie, Sypie iskierki czerwone, złote,
W sercach nieznaną budzi tęsknotę Za czymś minionym, za czymś dalekim, Za dawnym
światem, za dawnym wiekiem.
Zimową nocą w alkowie starej Umarłych czasów snują się mary, W wielkim fotelu, sprzed
stu lat może, Wsłuchał się dziaduś w zamieć na dworze, Jakby ustami jakiegoś ducha
Głos mu wichury gada do ucha, O tym co było, co się prześniło, co już – od kiedy!
! — śpi pod mogiłą. . .
I nagle dziatwa przypadnie z wrzawą: — Powiedz nam, , dziadziu, bajkę ciekawą! —
Jak szedł Twardowski do piekieł bramy?
? — O, , nie, dziadziusiu! Znamy to, znamy! — Więc o Madeju, , co zbrodnie knował?
— Ach wiemy: : Madej odpokutował! — To o Kopciuszku w zgrzebnej odzieży?
? — Na pamięć umiem, , niech dziadziuś wierzy! — No, , to już nie wiem, co rzec w
tej sprawie! — Powiedz nam, , dziadziu, o. . . o Warszawie!
Pochylił dziadziuś głowę zmęczoną, Ale mu w oczach iskry zapłoną, Strudzone serce
mocniej kołata, Bo swej młodości przypomniał lata: Jak to w ulicach starej Warszawy
Gonił za widmem rycerskiej sławy, Jak każda cegła, każdy głaz w murze Wskrzeszały
przeszłość w złocie, w purpurze.
3 Na szarej Wiśle, na mętnej fali
Piosnka syreny ulata w dali, W zapadłych w ziemię lochach zwaliska Zły bazyliszek
ślepiami błyska, Męczeńska Praga krwią się zalała, W królewskim zamku łka Dama Biała.
. . A nad główkami dzieciaków grona Cudowny Chrystus wznosi ramiona. . .
Dali mu malcy myśl do gawędy: Starej Warszawy stare legendy. . .
4
Syrena I
– A widzieliście ją, , tę syrenę niby, kumie Szymonie? – Widzieć nie widziałem, ,
kumie Mateuszu, bo drzewa przesłaniały źródełko, a bliżej podejść bałem się jakości,
alem słyszał, jak śpiewa. – Alboż to syreny śpiewają?
? – Jakże to? Nie wiecie o tym, kumie Mateuszu? Śpiewają! Jak jeszcze! Głos to ci
się tak rozchodził po Bugaju, po Wiśle, hen, aż za rzekę, jakoby właśnie dzwonek
srebrzysty dzwonił. Słuchałbyś dniem i nocą.
– No, , i co dalej? Co dalej? – Ano, nic dalej. Słuchałem, słuchałem, lubość mi się
jakowaś rozpływała po kościach, aż w końcu śpiewanie ucichło: widać syrena schowała
się na nocleg w źródełku, bo już i słońce zachodziło, a ja powlokłem się do chaty,
alem całą noc spać nie mógł, inom o tej syrenie rozmyślał.
– Ciekawość! ! Warto by ją wypatrzyć, zobaczyć. – Ale jak? Toć, jeśli nas ujrzy,
umknie i skryje się w wodzie. A zresztą może to i grzech przyglądać się takowej stworze
niechrzczonej i kuszącego jej śpiewania słuchać.
– Grzech nie grzech – niewiada! Najlepiej zapytać o to ojca Barnaby, pustelnika.
To człek mądry i pobożny; on powie i nauczy, co czynić nam należy.
– Rzetelnie mówicie, , kumie Mateuszu, chodźmy do pustelnika Barnaby. – Ano, to i
chodźmy! Ryby przez ten czas z Wisły nie uciekną, a my się od duchowej osoby przeróżności
dowiemy.
Tak rozmawiali z sobą dwaj rybacy znad Wisły w owych zamierzchłych czasach, gdy na
miejscu dzisiejszej Warszawy, a właściwie jej Powiśla, leżała niewielka rybacka osada,
otoczona gęstymi lasami, w których roiło się od grubego zwierza: łosiów, turów, wilków
i niedźwiedzi.
II
– Więc powiadacie, , że śpiewała? – A juści! ! śpiewała; gadałem przecie. – A co
dnia! Jak tylko słoneczko Boże ma się ku zachodowi i czerwienią a złotem pomaluje
Wisełkę, wraz ci się na Bugaju jej piosenka rozlega.
– I długo też nuci? ? – Do zachodu. . Jak się ino ciemno zrobi na świecie, już jej
nie słychać. – To nocami nigdy ze źródła nie wychodzi?
? – Czy wychodzi, czy nie wychodzi, tego ja nie wiem, ale przepomniałem powiedzieć,
że w pełnię miesiąca też śpiewa. Nieraz mnie ze snu budzi blask księżycowy, co do
chałupy zagląda: siadam se na posłaniu, aż ci tu odgłos jakowyś dolata z daleka;
jakby skowronek, jakby dzwonek, jakby skrzypeczki lipowe: to ona.
5 – O to mi chodziło właśnie. . Więc trzeba tak zrobić. . .
Tu ojciec Barnaba zadumał się na długą chwilę, a obaj rybacy czekali w skupieniu,
aż namyśli się, co poradzić.
Ojciec Barnaba był to starzec wysoki, chudy, siwobrody, łysy jak kolano, odziany
w długą samodziałową opończę. Na pomarszczonym jego obliczu rysowały się powaga i
dobroć.
Wszyscy trzej siedzieli przed budką pustelnika na ławie, uczynionej z dwóch pieńków,
na których położono z gruba obciosaną deskę. Było to lipcowe popołudnie i cudnie
było w boru, pachnącą żywicą i kwiatami. Ptaki śpiewały radośnie, pszczoły wesoło
brzęczały, a zielony dzięcioł w czerwonym kapturku stukał dziobkiem, jak młotkiem,
w korę rozłożystego dębu i wydłubywał robaki.
A ojciec Barnaba namyślał się, namyślał, aż rzecze: – Więc trzeba tak zrobić: w pełnię
miesiąca wybierzemy się we trzech do źródełka; na odzienia nasze naczepić należy
gałęzi świeżo zerwanych, najlepiej lipowych, kwiatem okrytych, żeby syrena człowieka
nie poczuła, bo się nie pokaże; zaczaimy się przy samym źródle, a gdy wynijdzie i
śpiewać zacznie, wtedy zarzucimy na nią sznur, spleciony z cienkich witek wierzbowych,
święconą wodą skropiony, ile że takiego się żaden czar nie ima; zwiążemy i miłościwemu
księciu na Czersku zawieziemy w darze. Niech ją na zamku trzyma i niech mu wyśpiewuje.
Ale uszy woskiem musimy sobie zatkać, żeby jej narzekań i lamentów nie słyszeć, bo
inaczej serce w was tak zemdleje, że nie będziemy mieli mocy wziąć jej w niewolę.
Srodze jest żałośliwe syrenie śpiewanie.
– Tak jest, jak mówicie, ojcze Barnabo; wiem ci ja o tym bom te piosenki słyszał.
Żaden miód, by najprzedniejszy, tak człowieka nie upoi, jako on głos syreni. Więc
tedy do pełni miesięcznej?
– Tak jest, do pełni. I rozeszli się w swoje strony. Rybacy nad Wisłę do zarzuconych
sieci, a ojciec Barnaba na modlitwę.
III
Tam, gdzie dziś nad samym prawie wybrzeżem Wisły, poniżej starożytnych kamienic Starego
Miasta, rozciąga się ulica, Bugaj zwana, przed wielu laty szumiał las zielony, odwieczny.
W lesie tym, z pagórka, wznoszącego się nad rzeką, tryskało źródło i rozlewało się
w głęboki, bystro płynący potok.
Nad potokiem rosły białokore brzozy, wierzby pokrzywione maczały w nim długie gałęzie,
kwitnęły polne róże i niezapominajki haftowały niebieskimi kwiatami zielony traw
kobierzec.
W tym to potoku mieszkała właśnie syrena. Była piękna, pogodna noc miesięczna. Srebrzysta
pełnia żeglowała przez błękitne, usiane gwiazdami niebo i przyglądała się ziemi uśpionej,
lasowi i źródłu.
Ale w lesie nie wszyscy spali. Zza brzóz i wierzb, stojących nad potokiem, widać
było trzy skulone postacie. Przycupnęły one wśród krzaków gęstych i ciekawymi oczyma
spozierały w wodę potoku, mieniącą się srebrzyście od blasków tarczy miesięcznej.
Byli to dwaj rybacy, Szymon i Mateusz, i pustelnik, ojciec Barnaba.
6 Nagle z wody wynurzyła się przecudna postać. Była to dziewica nadziemskiej urody;
w
świetle miesięcznym widać ją było doskonale. Miała długie kruczoczarne włosy, pierścieniami
spływające na białą, jak z marmuru wyrzeźbioną szyję; szafirowe jej oczy, wzniesione
ku pełni, patrzyły dziwnie przejmująco i smutno, a ozdobiona lekkim rumieńcem twarzyczka
takim tchnęła czarodziejskim urokiem, że przyglądającym się jej rybakom aż serca
zamarły ze wzruszenia.
Syrena chwilę trwała w milczeniu, zapatrzona w niebo i gwiazdy – i oto w ciszy tej
czarownej nocy zadźwięczał śpiew tak piękny, tak kryształowo czysty, że zdawało się,
iż i księżyc, i gwiazd miliony, i ziemia, i niebo zasłuchały się w niego do niepamięci.
Wtem z krzaków, cicho, bez szelestu, wyskoczyły owe trzy postacie – i nie tak szybko
rzuca się ryś drapieżny na przebiegająca łanię, jak oni rzucili się na syrenę, skrępowali
ją powrósłem, z witek wierzbowych splecionym, i wyciągnęli z wody na murawę.
Próżno się szamotała nieszczęsna, próżno ich ludzkim a cudnym zaklinała głosem. Głos
ten wzruszyć ich nie mógł, gdyż wedle rady ojca Barnaby, uszy mieli woskiem szczelnie
zatkane.
– Co teraz począć? Co z nią począć? – jęli się pytać obaj rybacy zdyszanym, gorączkowym
głosem.
– Co począć? ? – rzeknie pustelnik – poczekajcie, , zaraz wam powiem: Nim ją do Jego
Miłości księcia na Czersku zawieziem, a wieźć przecież nie będziem po nocy, zamkniemy
syrenę w oborze, a pilnować jej będzie Staszek, pastuch gromadzkiego bydła. Skoro
świt zaś, wóz drabiniasty sianem wymościm i jazda do Czerska! Dobrze mówię?
– Dobrze mówicie, , ojcze Barnabo, mądrze mówicie! Miesiąc świecił już nad polanką,
gdzie rybacy złożyli skrępowaną syrenę, i widać ją było wybornie. Do pasa była to,
jak się rzekło, panna na podziw urodziwa, od pasa zasię ryba srebrzystą łuską błyszcząca.
Leżała biedna bez ruchu, z zawartymi cudnymi oczyma, ręce wzdłuż ciała opuściwszy,
i tylko rybi ogon, długi a giętki, uderzał kiedy niekiedy w ziemię, zupełnie jak
u wyjętego z wody karpia lub szczupaka.
– Czas nam w drogę – przemówił pustelnik – bierzcie ją! ! Szymon i Mateusz dźwignęli
syrenę i ponieśli ją w stronę wioski.
IV
– Otwieraj, , Staszku! – Otwieraj co prędzej! ! Cóż to? Zarżnęli cię zbóje, że się
nie ruszasz? – Nie gramol się, , gamoniu! Skorzej! Skorzej! I rozległy się głośne
uderzenia krzepkich pięści Szymona i Mateusza we wrota obory, oni to bowiem, wraz
z pustelnikiem Barnabą, dobijali się uporczywie do wielkiego drewnianego budynku,
w którego ścianach, przez wyrzezane otwory, widać było rogate łby i mokre pyski licznych
krów.
– A co tam? Kto tam? Toć idę już, idę! A któż to tam tak łomoce po nocy? Pali się,
czy co takiego?
Zaszurgotał ktoś bosymi nogami, odezwało się szerokie ziewnięcie, w ciemnościach
niepewna ręka szukała zawory, znalazła ją, otwarła, skrzypnęły wrota i z mroku wynurzyła
się gibka, młodzieńcza postać pastucha Staszka.
– Wszelki duch Pana Boga chwali! A czego to chceta, ojcze Barnabo i wy, Szymonie
i Mateuszu?
7 – Cichaj! Syrena! O widzisz? Syrena! Złapaliśmy ją! Niechaj tu poleży do rana!
O świcie
do Czerska ją zawieziem, do księcia! – Syrena? ? Jezusie, Maryjo! Prawda! Jakaż ona
śliczna! – Nie prawiłbyś byle czego! Śliczna! Czarownica, wiadomo! Taka ci najcudniejszą
postać przybierze, aby tym łacniej otumanić chrześcijańską duszę.
– Boże miły! Prawdę mówicie? To ona chrześcijańskie dusze tumani? I cóż ja mam z
nią zrobić?
– Pilnować do zorzy! Ale pilnuj bez ustanku. Nie zdrzymnij się. Uważaj, żeby postronków
nie zerwała, bo ucieknie.
– Ha! ! Każecie pilnować, to będę pilnował. A kiedyż po nią przyjedziecie? – Mówilim.
. Skoro świt. Teraz ją położym w oborze, niech leży. – A ty, Staszku, pamiętaj: oka
z niej nie spuszczaj! Patrz i patrz! Na twoją głowę ją zdajem.
– Już wy się nie bójta! Umiałem sobie dać rady z graniastym byczkiem, choć bezkurcyja
zły jak sam diabeł, to i z syreną poradzę.
– No, , to bywaj zdrowy! Będziem tu z powrotem, ino patrzeć!
V
Staszek został sam na sam z syreną. Leżała ona pod ścianą obory, na wprost jednego
z otworów okiennych, w przeciwległej ścianie wyciętych, a Staszek siadł naprzeciwko
i, tak jak mu kazali, patrzył na nią bacznie, i oczu z dziwowiska nie spuszczał.
Miesiąc świecił w ten otwór ścienny mocnym blaskiem i osrebrzał cudną twarzyczkę
syreny, w której to twarzyczce jaśniały jak gwiazdy, modre, wilgotne od łez, przesmutne
oczy.
I nie cniło się Staszkowi spozierać tak nieustannie na syrenę, bo nigdy nigdy, jako
żyw, nie widział podobnie urodziwego lica i źrenic równie głębokich, przepastnych
i czaru zaziemskiego pełnych.
I nagle – syrena spojrzała na Staszka swymi czarodziejskimi oczami, uniosła przepiękną,
opierścienioną zwojami czarnych włosów główkę, otworzyła koralowe usteczka i zaśpiewała.
Zaśpiewała jakąś piosenkę bez słów, piosenkę tak cudną, że drzewa za oborą przestały
szumieć, a krowy łby ciężkie od żłobów zwróciły w jej stronę, żuć przestały i zasłuchały
się w oszałamiającą pieśń syreny.
Staszek był na wpół przytomny. Jak żyje nie słyszał nic podobnego. Śpiew syreny grał
na jego sercu tak, jak gra wiosna na sercu każdego człowieka. Uczuł, że dzieje się
z nim coś dziwnego, że jest jakiś lepszy, jakiś mądrzejszy, że otwierają się przed
nim światy, o których nigdy dotychczas nie pomyślał, światy pełne aniołów i cudów.
A syrena nagle spojrzała wprost w oczy Staszka i rzekła: – Rozwiąż mnie!
! Nie zawahał się ani na chwilę. Podszedł ku syrenie i kozikiem rozciął krępujące
ją postronki.
A dziwowisko ślicznymi rączkami objęło go rękami za szyję i szepnęło: – Otwórz wrota
i chodź za mną.
. Usłuchał. Otworzył wrota na ścieżaj i czekał, co się stanie. Nie czekał długo.
Syrena uniosła się ze słomy, na której leżała, i skacząc na swoim rybim ogonie, przeszła
przez wrota i skierowała się w stronę Wisły.
8 Szła i śpiewała. Krowy wyciągnęły za nią łby i poczęły ryczeć żałośnie, drzewa
szumiały
do wtóru piosence syreniej, a szumiały tak smutnie, aż niebo drobnymi łzami sypać
jęło i zachmurzyło się ponuro. A Staszek, jak urzeczony, szedł za nią, szedł za nią
bez woli, bez myśli.
Ustał deszcz, wybłysnęło słońce; z chałup wychodzili ludzie i ze zdumienia patrzyli
na widok tak nadzwyczajny. A syrena szła i śpiewała.
A gdy już była tuż, tuż nad brzegiem Wisły, odwróciła się, spojrzała ku wiosce i
zawołała na głos cały:
– Kocham cię, ty brzegu wiślany, kocham was, ludzie prości i serca dobrego, byłam
waszą pieśnią, waszym czarem życia!
Czemuż wzięliście mnie w niewolę, czemuż chcieliście, abym w pętach, w więzieniu,
na rozkaz książęcy śpiewała?
Śpiewam wam, ludzie prości, ludzie serca cichego i dobrego, ale na rozkaz śpiewać
nie chcę i nie będę.
Wolę skryć się na wieki w fale wiślane, wolę zniknąć sprzed waszych oczu i tylko
szumem rzeki do was przemawiać.
A gdy przyjdą czasy ciężkie i twarde, czasy, o których nie śni się ani wam, ani dzieciom
i wnukom dzieci waszych śnić się jeszcze nie będzie, wtedy, w lata krzywdy i klęski,
szum fal wiślanych śpiewać będzie potomkom waszym o nadziei, o sile, o zwycięstwie.
A tu tymczasem, pędem od wioski lecą ku brzegowi obaj rybacy i pustelnik stary i
krzyczą: – Łapaj, trzymaj, nie puszczaj! Ale! Nie puszczaj! Już ci syrena chlup!
Do wody, a za nią w te pędy Staszek. Skoczył, wychynął z rzeki, rozejrzał się dokoła,
zawołał: – Bóg z wami!
! I zniknął.
Minęły lata i wieki. Na miejscu wioski – miasto powstało, , ludne, bogate, warowne.
A miasto owo, później stolica, na pamiątkę dziwnej przygody z syreną, wzięło ją za
godło swoje, i godło to po dzień dzisiejszy widnieje na ratuszu Warszawy.
9
Kościół Panny Marii I
Przed latami, przed dawnemi, Pewien młynarz żył na ziemi, A gdzie mieszkał? Prosta
sprawa: Tam gdzie stoi dziś Warszawa.
Domek miał nad Wisłą szarą, Cieszył się koników parą, Czwórką wołów pracowitych,
Kur i kaczek rozmaitych Wielkim mnóstwem. . . A miał przytem Młyn zapchany zawsze
żytem I pszenicą. . . Z tego zboża, Ani długo, ani krótko, Młynarz mąkę mełł bielutką
I sprzedawał aż za morza.
Dobrze płacił cudzoziemiec, Anglik, Francuz, Szwed czy Niemiec Za tę mąkę życiodajną
Taką smaczną choć zwyczajną.
Polskie zboże żną parobcy, Polski młynarz mąkę miele, A z tej mąki mają obcy Pszenny
kołacz na niedzielę.
Więc nasz młynarz, z łaski nieba, Że się trudził najgoręcej, Miał dla siebie dosyć
chleba, Miał dla biednych jeszcze więcej; A ponadto w kutej skrzyni Co dzień się
przybytek czyni.
Srebrny talar przy talarze Leżą sobie w zgodnej parze, Złoty dukat przy dukacie Podzwaniają
w cichej chacie.
Aż talarów i dukatów Tyle razem się zebrało, Ile wiosną w łąkach kwiatów – I to jeszcze
pewnie mało!
10 Od Warszawy ku Gdańskowi
Można nimi szlak wymościć. . . Więc bogactwa młynarzowi Mógłby książę pozazdrościć!
Szumi stary młyn nad rzeką I trajkoce, i terkoce. Młynarz patrzy, hen, daleko I w
źrenicach łza migoce.
Taka piękna, taka młoda, Siedzi w izbie młynarzowa, Czemuż ćmi się jej uroda? Czemuż
smutna, gdyby wdowa? Skąd ten smutek i tęsknota? Skąd te w oczach srebrne łezki?
Gdy w alkierzu tyle złota, Gdy tak jasny strop niebieski?
Są na niebie dla nich chmurki: Ni im syna, ni im córki!
I cóż przyjdzie z bogactw w domu, Choćbyś pereł wór zarobił, Gdy zostawić nie ma
komu, Czego człek się pracą dobił.
Nic dziwnego, że się łzami Zalewają młynarzowie, Boć są sami, zawsze sami, Czy w
robocie, czy w alkowie!
Czy dzień zwykły, czy to święto, Czy mrok idzie, czy blask świta, Nikt ich buzią
uśmiechniętą Przez okienko nie powita. Rozchylając ustek wiśnie Nie zagwarzy , jak
to dzieci, I tatusia nie uściśnie, I do mamy nie przyleci.
Głucha cisza w długie noce I w dzień cisza na dom spada, Tylko stary młyn turkoce
i z wiślaną falą gada.
11 Gdybyż w domku życia kwiecie:
Jedno dziecię! Jedno dziecię!
Po robocie całodziennej, Hołd złożywszy świętym Pańskim, Spać się kładzie młynarz
senny W swoim domku nadwiślańskim.
A nim do snu się ułoży, Przed obrazem kornie klęka, Gdzie z Dzieciątkiem w glorii
bożej Przenajświętsza lśni Panienka.
I tak błaga, i tak prosi O dziecinę dla swej chaty, Ku niebiosom głos podnosi. I
duch w niebo mknie skrzydlaty.
Zda się płynie w pozaświecie Swe zwierzając Bogu żale: Daj mi, Panie, małe dziecię,
Bym je chował ku twej chwale!
Noc gwieździsta dookoła, Szata mroku świat osnuwa, A pod domkiem straż anioła Nad
snem dobrych ludzi czuwa.
Śpi nasz młynarz, utrudzony, A wtem: Boże! Jakież cuda! Czy to niebios sen wyśniony?
Czy to tylko zmysłów złuda?
W płaszczu modrym, jak niebiosa, Cała w blaskach, gdyby zorza, Jasnooka, złotowłosa
Przed nim staje Matka Boża!
A gdy pada na kolana, Wskroś radością wielką zdjęty, Głos jej słyszy: „Wielbij Pana,
Bo twój pacierz w niebo wzięty.
Wzięty w niebo, usłyszany, Człecze dobry, pracowity,
12 Więc gdy wstanie świt różany
I wybłyśnie na błękity, Idź po samym Wisły brzegu Od swojego domku proga, A gdy ujrzysz
wzgórek w śniegu, Zbuduj kościół na cześć Boga.
Bo ci mówię w tej godzinie I nasz stwórca tak uczyni, Że nim jeden rok upłynie, Ochrzcisz
synka w tej świątyni
W prawdzie, w szczęściu, w łasce Bożej, Mając w sercu cnót promienie, Twoje plemię
się rozmnoży Po dziesiąte pokolenie. . . ”
Cudna postać się rozpływa, Jak marzenie, jak mgła lekka, Młynarz ze snu się porywa
– A już niebo świt obleka.
Idzie młynarz Wisły brzegiem, W śpiewem ptaków ranek gwarny; Gdzież tu wzgórek kryty
śniegiem, Gdy na świecie lipiec skwarny?
Fale zboża wietrzyk wzdyma, Słonko patrzy, świecąc cudnie, Toć daleka jeszcze zima!
Toć na śniegi mroźne grudnie!
Ale w wierze niepożytej Nie zawaha się na chwilę, Bo, co spojrzy na błękity, Coś
mu w sercu szepce mile:
Niech cię trudność nie przeraża, Kto nie sieje – ten nie zbiera,
, Szczera wiara cuda stwarza, Góry nosi wiara szczera!
Już przybliża się południe, Nagle: istne dziwowiska! Patrz, młynarzu, jakże cudnie
13 Bliski wzgórek srebrem błyska.
Na szczyt wzgórza młynarz bieży I przyklęka oniemiały, A tam śniegu obrus leży, Obrus
śniegu, zimny, biały.
Cud się spełnił z woli nieba, Więc ku czci Jej nieustannej Teraz prędko, prędko trzeba
Stawiać kościół Marii Panny!
Jakże pilnie się zwijają Młynarzowi robotnicy! Mija miesiąc – mury staja,
, Biegnie w niebo krzyż świątnicy.
Mija drugi w pracy Bożej – Już i wieża w górę pnie się; Każdy tydzień coś dołoży,
Każdy tydzień coś przyniesie.
Młynarz złota nie żałuje, Hojnie sypie dukatami, Sam pomaga, sam pilnuje, Sam się
trudzi z murarzami!
Aż przyjemnie patrzeć na to, Aż człekowi serce rośnie! Przeminęło śliczne lato, Jesień
wiatrem łka żałośnie.
Lecz robota wre na brzegu, Choć i deszcze z nieba cieką, Tam gdzie widniał obrus
śniegu, Na pagórku ponad rzeką.
Mknie na Wisłę pieśń radosna, Brzmi w tej pieśni Boża chwała, A gdy przyszła nowa
wiosna I kwiatami świat ubrała,
W pewien złoty blask poranny, W dzień Jej chwale poświęcony, Staną kościół Marii
Panny, I zagrały wszystkie dzwony.
14
VI
Od kościoła w dzień niedzieli Idzie orszak rozśpiewany, To nasz młynarz się weseli,
Rad by prawie skoczyć w tany.
Uśmiechnięta młynarzowa Dzieciąteczko śliczne tuli – Niechże zdrowo im się chowa,
Niech ich kocha jak najczulej!
Wielkim szczęściem błyszczą oczy, Duch wzwyż leci, szczęściem zdjęty. . . Tak się...
rutkowska-j