MICHEL~1.DOC

(1699 KB) Pobierz
MICHEL ZEVACO BŁAZEN KRÓLEWSKI

MICHEL ZEVACO BŁAZEN KRÓLEWSKI

3 Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

4

ROZDZIAŁ I KRÓL

– Do nogi, , Triboulet! – zawołał król Franciszek I wesoło. . Stwór pokraczny, garbaty,

do którego były zwrócone te słowa, drgnął; w jego oczach za- paliła się i natychmiast

zgasła iskierka nienawiści. Po chwili, uśmiechając się szeroko, zbliżył się do króla,

udanie naśladując wściekłe szczekanie brytana.

– No, , błaźnie, co znaczy to szczekanie? – zapytał król marszcząc brwi. – Zwróciłeś

się do mnie, najjaśniejszy panie, jak do psa, odpowiadam więc w psim języku – odrzekł

Triboulet zginając się w przesadnym ukłonie.

. Kilku dworzan obecnych przy tej scenie wybuchło śmiechem. – Pod stół, , Triboulet!

– zawołał jeden z nich. . – Pies leży pod stołem.

. – Lecz czasem i gryzie, panie de La Châtaigneraie. Na przykład Jarnac, który, jako

że nie ma kłów, musnął cię boleśnie ręką po policzku.

– Bezczelny nędzniku! ! – krzyknął wściekle de La Châtaigneraie, , blednąc z gniewu.

– Zgoda, moi panowie! – nakazał król śmiejąc się. – Mości błaźnie, powiedz mi tylko

bez żadnych wykrętów, jak ci się dziś podobam?

Stojąc przed olbrzymim zwierciadłem ofiarowanym mu przez Republikę Wenecką, król

Franciszek spoglądał na siebie z zachwytem. Tymczasem dwaj słudzy kończyli pośpieszenie

nakładać mu czarny aksamitny beret z białymi piórami, jedwabny poziomkowy kaftan

i na końcu futrzany płaszcz.

– Sire, jesteś piękny jak sam Febus! – odparł Triboulet, a dzwoneczki jego błazeńskiego

kaptura brzęknęły dźwięcznie.

– Dlaczego Febus? ? – zapytał król, zdumiony tym porównaniem. – Ponieważ twą głowę,

królu, jak głowę Febusa, otaczają promienie, z tą różnicę, że nie słoneczne, lecz

z siwych włosów.

Triboulet cofnął się, potrząsając kaduceuszem i chichocząc ironicznie. Tłum dworzan

za- szemrał oburzony taką bezczelnością, król jednak śmiał się, więc i oni zaczęli

się śmiać.

Monarcha wyprostował swą wysoką, barczystą postać i zwrócił się do jednego z dworzan:

– A ty, , d' Essé? Jak ci się podobam? – Nigdy jeszcze, najjaśniejszy panie, nie

widziałem cię tak rześkim jak dzisiaj. Młodnie- jesz, królu, z dnia na dzień!

– Mój książę! Ostrożnie! – zawołał z przesadną powagą Triboulet. – Jeszcze wmówisz

królowi, że wrócił do stanu niemowlęctwa. Zdziecinnienie z czasem przyjdzie, to pewne,

lecz na razie król liczy sobie zaledwie pięćdziesiąt wiosen!

– No, , a co ty powiesz, Sansac? – zapytał znów król. – Wasza królewska mość jest

dla nas zawsze wzorem, , elegancji. . . – Tak – przerwał błazen – ale jednak żaden

z was nie zrobi sobie garbu na brzuchu, aby le- piej naśladować elegancję króla!

Przynajmniej ja jestem lojalny – noszę jego imitację na ple- cach!

Brzęknęły głośno dzwonki, jakby akcentując złośliwą uwagę Tribouleta. Dworzanie spoj-

rzeli na niego z niechętną wzgardą, na co ten odpowiedział pociesznymi minami, król

zaś zaczął się śmiać hałaśliwie.

5 – Sire! ! – zawołał zdenerwowany La Châtaigneraie. . – Może raczysz nam wytłumaczyć,

jaki

jest powód twej dzisiejszej wesołości? – Przebóg! ! – wtrącił się znowu Triboulet.

. – Król zapewne rozmyśla o pokoju, , który mu na- rzucił jego cesarski kuzynek!

Straci tylko Flandrię i Aragonię, księstwa d' Artois i Mediolanu. Nie ma powodu do

łez.

– Błaźnie! ! – Źle mówię, panie? Mylę się? A może król marzy o rzeziach urządzanych

ku chwale Ko- ścioła Świętego. Cała Prowansja zatopiona we krwi. Ja również cieszę

się niezmiernie. . .

– Milcz! ! – zagrzmiał król blednąc na wspomnienie tamtych okrucieństw. Opanował

jednak szybko wzburzenie i zwrócił się do dworzan: – Dziś wieczór czeka nas wielka

wyprawa! Panowie! Mam pięćdziesiąt lat! Niektórzy po- wiadają, że zaczynam się starzeć.

No cóż, zobaczymy! Po bitwie pod Marignan mówiono: „ Dzielny jak Franciszek! ” Chcę,

aby również mówiono: „ Młody jak Franciszek! ” , „ Zalotny jak Franciszek! ” Na Madonnę,

radujmy się, moi przyjaciele, bo życie takie słodkie, a kobiety we Francji takie

piękne!

– Brawo, , sire! Niech żyje miłość! – Wasza królewska mość nie wygląda nawet na trzydzieści

lat!

! – Na Boga, moi przyjaciele! Miłość! Boskie brzmienie wyrazu: kocham! Ach, gdybyście

wiedzieli, jaka ona jest piękna w całym blasku swoich siedemnastu lat! Jej niewinność,

czy- stość spojrzenia w połączeniu z tak wielką urodą zapala w moich żyłach morze

ognistych płomieni.

To nagłe wyznanie króla wzbudziło w sercach dworaków niepokój. Milczeli przezornie.

Kim była owa młoda dziewczyna, w której się zakochał? O kim mówił z takim uniesieniem?

Król tymczasem spacerował w podnieceniu po okazale urządzonej komnacie, w której

przepych stylu gotyckiego łączył się z wdziękiem i wspaniałością renesansu. Oczy

mu błysz- czały, policzki okryły się rumieńcem. Odmłodniał naprawdę.

W pewnej chwili znowu stanął przed olbrzymim zwierciadłem. Uśmiechnął się do swego

odbicia i zawołał:

– Nie, nie mam pięćdziesięciu lat! Alboż król się starzeje? Jestem młody! Mówi o

tym gwałtowne bicie mego serca i miłość, która uderza mi do głowy. Kocham i pragnę

być ko- chany!

– A jeżeli ona nie zechce cię pokochać? – zapytał Triboulet z i ronicznym uśmiechem,

w którym dźwięczał głuchy niepokój.

– Pokocha mnie! Taka jest bowiem moja wola. Dzisiejszego wieczora o dziesiątej. .

. Bę- dziecie przy mnie, moi przyjaciele? Dopomożecie mi?

– Oczywiście, sire! – wykrzyknął d ’ Essé. – Lecz co powie piękna pani Ferron, gdy

się do- wie o wszystkim?

– Magdalena Ferron? – powiedział król ze zdziwieniem. – Och, Magdalena dawno mnie

nudzi. Męczy. Nie chcę jej więcej! Miłość ta stała się dla mnie prawdziwą niewolą,

ciążącą jak żelazne kajdany! – ciągnął ze wzrastającą gwałtownością.

– To piękna kowalka! ! – wykrzyknął Triboulet. . – Triboulecie, stworzyłeś kalambur

bezcennej wartości! – zawołał król śmiejąc się głośno. – Musisz powtórzyć go Marotowi,

aby mógł umieścić go w jednej ze swych ballad. „ Piękna Kowalka ” . Wspaniałe!

– Niepowtarzalne! ! – przytaknęli dworzanie. . – Marot usłyszy mój kalambur – rzekł

Triboulet – ale ty, najjaśniejszy panie, podpiszesz się pod balladą.

– Mój Triboulecie, czy weźmiesz udział w naszej wieczornej wyprawie? – zapytał Franci-

szek I, udając, że nie usłyszał jego aluzji do popełnianych przez siebie plagiatów

literackich.

6 – Przebóg, panie mój! Niepodobna, by głupstwo, popełnione przez króla Francji,

zostało

pochwalone przez jego błazna – powiedział z przesadnym ukłonem Triboulet i oddalił

się w stronę niszy okiennej.

Wpółukryty spoglądał przez oprawne w ołów szybki na potężne kontury nowo wznoszonej

budowli Luwru, tonące z wolna w mroku, i rozmyślał o nowej miłości króla. „ Powiedział,

że dziewczyna ma siedemnaście lat, że jest uosobieniem niewinności. . . Któż to taki?

” Na ner- wowej twarzy Tribouleta pojawił się wyraz niepokoju i lęku. Widać było,

że nachodzą go jakieś straszne wizje.

– Co do Magdaleny Ferron – wrócił do tematu król – to przygotowałem jej taką niespo-

dziankę, po której już nigdy nie będzie mogła złapać mnie w swoje sieci.

Cóż to za niespodzianka? – zapytał Sansac. W tej chwili drzwi do komnaty królewskiej

otworzyły się i stanął w nich trupioblady męż- czyzna ubrany w czarny strój.

– A oto i hrabia de Monclar – powiedział właściwym sobie wesoło – szyderczym tonem

Triboulet wysuwając się nieco w stronę przybyłego. – Oto wielki woźny sądowy, wielki

pre- fekt Paryża, groźny dowódca straży miejskiej, nieubłagany w swej surowości szef

policji, jednym słowem – człowiek budzący lęk w możnych panach, złodziejach, kpiarzach,

warcho- łach i innych łotrzykach.

Hrabia de Monclar zbliżył się do króla i złożył przed nim ukłon. – O co chodzi? ?

– zapytał Franciszek I. – Sire, , przychodzę doręczyć ci listę osób proszących o

posłuchanie. Wskaż mi, kogo z nich zechcesz przyjąć. Na liście figuruje Stefan Dolet,

drukarz.

– Nie życzę sobie udzielać mu audiencji – rzekł twardo król. – Ponadto, hrabio, musisz

mieć baczenie na tego człowieka, który ma konszachty z nowo powstałymi sektami religij-

nymi, zatruwającymi umysły mego ludu. Któż następny?

– Mistrz Franciszek Rabelais. . – Niech idzie do diabła! l niech się również pilnuje!

Nasza monarsza cierpliwość ma swoje granice. Kto dalej?

– Czcigodny i powszechnie czczony ojciec Ignacy de Loyola. . Przybywa z Prowansji.

Czoło królewskie zachmurzyło się. – Wczoraj ten czcigodny ojciec był już przeze mnie

przyjęty – rzekł półgłosem.

. – Przebóg! – pisnął Triboulet. – Po babskich kieckach nasz król najbardziej kocha

suknie zakonne!

– Lista petentów wyczerpana – powiedział hrabia de Monclar, , ale. . . – Cóż jeszcze?

? – To, najjaśniejszy panie, że Dzielnica Cudów staje się nieznośną plagą, dżumą

zatruwają- cą Paryż tak, jak sekty heretyckie zatruwają całe państwo. Ulica św. Dionizego

stała się zmo- rą Paryża. Ulice Złotych Chłopców, Wolnych Mieszczan, także Wielkiego

i Małego Żebrac- twa są przeludnione i zaczynają zalewać dzielnice jeszcze zdrowe.

Samowola rzezimieszków przebrała już wszelką miarę i należy dać im dobrą nauczkę.

Zwłaszcza dwaj spośród nich zasługują na stryczek: niejaki Lanthenay i drugi, noszący

imię Manfreda. Co mam z nimi zro- bić?

– Wtrąć ich do więzienia, , a potem powieś! Triboulet klasnął w dłonie, po czym powiedział

głośno: – Chwała Bogu, Paryżowi nie zbywa na rozrywkach! Wczoraj mieliśmy zaledwie

pięciu wisielców, a dziś już ośmiu.

Hrabia de Monclar skłonił się z uśmiechem posępnego zadowolenia na ustach i odwrócił

się w stronę drzwi. Dworzanie w milczeniu rozstąpili się przed tą czarną postacią,

za którą jak cień kroczyła zawsze śmierć, tylko Triboulet zawołał:

– Pozdrowienia dla Archanioła Szubienicy! !

7 – Biedak Monclar – rzekł król. – Chyba już od dwudziestu lat toczy zawziętą walkę

z ca-

łym tym światem łotrów i złodziei, którzy, jak zapewnia, porwali mu, a może i zamordowali

małego synka. No, ale teraz, kiedy sprawy państwowe są załatwione, zajmijmy się osobisty-

mi. Zatem przed wieczorną wyprawą chodźmy do Magdaleny Ferron. Obiecuję wam zabawę,

moi panowie!

Franciszek I wraz z dworzanami opuścił pokoje królewskie nucąc jakąś balladę.

8

ROZDZIAŁ II KAT

Ósma. Noc czarna jak atrament. Na dworze hula zimna październikowa wichura. Tuż przy

murze otaczającym Tuileries stoi mały samotny domek; jest to gniazdko, w któ- rym

przez długi czas kryli swe miłosne zapały król i piękna pani Ferron. Okno pierwszego

piętra, słabo oświetlone, mruga dyskretnie, jak gwiazda na niebie. Wewnątrz domku

atmosfe- ra rozkoszy miłosnych, o czym świadczy jego umiejętne i zbytkowne urządzenie

i powietrze, przesycone wonią podniecających perfum. Olbrzymie łoże, podobne do wielkiego

ołtarza, zdaje się oczekiwać na nową ofiarę ku czci bogini miłości.

Kobieta siedząca na kolanach Franciszka I, a której pięknych kształtów nie osłaniał

nawet gazowy welon, otoczyła ramionami szyję królewskiego kochanka i podając mu swe

usta, szeptała:

– Jeszcze jeden pocałunek, , Franciszku. . . Kobieta ta była młoda i królewsko piękna.

Jej lekko zaróżowione ciało o harmonijnych li- niach przegięte w niedbałej pozie,

gorący blask namiętnych oczu, zmysłowość każdego ru- chu, wszystko to podniecało

króla, przenosząc go w krainę rozkosznych śnień. To już nie kobieta była przy jego

boku! To nie piękna pani Ferron! To sama Wenus! To wspaniała w swym bezwstydzie Afrodyta,

cudna, jasnowłosa Afrodyta, która oczekuje pieszczot kochan- ka.

– Pocałuj mnie raz jeszcze, , Franciszku! Król otoczył ramionami jej smukłą kibić;

twarz mu zbladła, wzrok zmętniał, usta jęły beł- kotać wyrazy bez związku. W końcu

porwał ją, uniósł i padł wraz z nią na olbrzymie łoże.

Na dworze ukryty w cieniu mężczyzna wpatrywał się w oświetlone okno. Nieruchomy,

nieczuły na chłód, zsiniały na twarzy jakby zastygłej, mężczyzna ten otwierał szeroko

prze- krwione oczy, w których odbijała się szalejąca w jego duszy rozpacz. Mamrotał

gorączkowo:

– Okłamano mnie. . . To niemożliwe! Magdalena jest niezdolna do fałszu. Nie ma jej

w tym domu. Magdalena mnie kocha. . . jest mi wierna. Człowiek, który to powiedział,

zwiódł mnie haniebnie. To niecny oszczerca! A jednak stoję tu, nieszczęsny, czatując

na nią, płacząc, wy- czekując. aż drzwi się otworzą. . . Och! Jak ja cierpię! Czyż

można cierpieć więcej? Piekło! Zdaje mi się, że głowa pęknie mi z bólu!

Tymczasem Franciszek I zbierał się do wyjścia. – Czy prędko wrócisz, , drogi Franciszku?

– westchnęła młoda kobieta. – Nieba! Musiałbym nie mieć serca! Naturalnie, że prędko,

przysięgam. . . Żegnaj, moja miła. Czy widziałaś srebrną szkatułkę, którą ci przyniosłem?

– Co mnie to obchodzi, mój kochany! Wracaj jak najprędzej! To j edynie jest ważne!

Nic więcej.

– Wrócę, , wrócę niebawem! Szkatułkę tę rzeźbił specjalnie dla ciebie Benvenuto Cellini.

– Och, , panie, nic nie jest dla mnie ważne, gdybym miała cię utracić. – W szkatułce

jest sznur pereł, który ślicznie się uwydatni na twej alabastrowej szyi. Że- gnaj,

moja droga!

Ostatni uścisk. . . ostatni pocałunek i król Franciszek I opuścił gniazdko miłości.

W progu otwartych drzwi zatrzymał się, spojrzał na czarne jak smoła niebo, wpatrzył

się w mrok i do-

9 strzegł czerniejące sylwetki dworzan czekających na niego. Uśmiechnął się i postąpił

w ich

stronę. – A niespodzianka, , sire? – zapytał d ’ Essé. – Zobaczycie!

! W tej chwili z mroku wynurzył się jakiś mężczyzna i podszedł do grupki dworzan.

„ Który to z nich był niecnym zdrajcą? Który ukradł mi żonę? Który zniszczył moje

szczęście? ” – myślał bezładnie.

– Jesteś waść Ferron. . Nieprawdaż? – zapytał król z ironią. Mężczyzna uczynił wysiłek,

aby rozpoznać tego, czyj głos smagnął go szyderstwem. Zaci- snął ręce, jakby chciał

go udusić, potem podniósł w górę pięści.

– A ty? ? – zgrzytnął. – A ty? ? Kto ty jesteś? Kto? Nagle ramiona mu opadły. – Król!

! Król! – wybełkotał, , zmiażdżony tym odkryciem. W odpowiedzi usłyszał śmiech. Poczuł,

że wtłoczono mu do ręki jakiś przedmiot. Stał przez chwilę odrętwiały z przerażenia

i rozpaczy. Gdy wreszcie wróciła mu przytomność, ujrzał że jest sam. Dworacy królewscy

znikli.

Król ze swymi towarzyszami zatrzymał się tymczasem w pobliżu, chcąc się przyjrzeć

dal- szemu ciągowi tej historii.

– Jak się wam podoba moja niespodzianka? ? – zapytał dworaków. – Zdumiewająca! !

Wspaniała! Mina Ferrona była cudowna! – Ba! ! – zaśmiał się król. . – Pocieszy się,

, ujrzawszy sznur pereł, który zostawiłem na górze. Tymczasem zdradzony małżonek

spojrzał na przedmiot wsunięty mu do ręki przez króla. Był to klucz od domu, w którym

dokonał się akt cudzołóstwa. To jeszcze jedna niespodzianka zapowiedziana przez „

Króla- Rycerza ” . Z gardła nieszczęśnika wydarł się bolesny szloch. Zagryzł wargi,

aby powstrzymać krzyk rosnący w piersi. Nagle czyjaś ręka dotknęła jego ramienia.

– Oto jestem, , panie Ferron – usłyszał szept. . – Stawiłem się na czas. . Ferron

spojrzał osłupiały. – Kat! ! – zawołał pełen okrutnej radości.

. – Tak, , gotów do usług, mój panie. Powiedziałeś mi: „ Staw się o ósmej wieczór

pod murami Tuileries; będę miał dla ciebie robotę ” . Stawiłem się! Jestem gotów,

panie!

Ferron otarł pot spływający z czoła, potem pochwycił kata za rękę i zapytał: – Czy

jesteś zdecydowany uczynić to, , o co cię swego czasu prosiłem? Nie zawahasz się?

– Nie, , ponieważ mi zapłacisz. – Chodzi tu o kobietę, , słyszysz? – Chłop czy baba,

, jeden diabeł, skoro pan zapłaci. – Wszystko gotowe? ? Powóz też? – Tak. . Na rogu

ulicy de la Tuileries. – Dobrze! – szepnął Ferron. – Nie kłamiesz? Nie boisz się?

Uczynisz to? – upewnił się jeszcze raz.

– O pół do dwunastej otworzą mi bramę św. Dionizego, mam znajomego wśród strażni-

ków. O północy, baba czy dziad – klamka zapadnie!

! Ferron wpadł do tajemniczego domku. Na piętrze Magdalena Ferron ubierała się powoli,

jakby od niechcenia. Uśmiechała się od czasu do czasu, rozmyślając o niedawnych wydarze-

niach. Zastanawiała się też, co powie mężowi oczekującemu na ni ą w ich spokojnym

domu, jak się wytłumaczy z tak długiej nieobecności.

Uśmiechała się nie czując wyrzutów sumienia, nie czując lęku. No, bo kochała! Kochała

szalenie, całą duszą, całym sercem. Ustami wilgotnymi jeszcze od pocałunków, spojrzeniem

pełnym czułości uśmiechała się do swego odbicia w lustrze, przed którym się ubierała.

10 Nagle roześmiane, gorące usta zesztywniały, uśmiech zamienił się w skurcz przerażenia.

Znieruchomiała, straciła mowę. Jej oczy rozszerzone lękiem, wpatrywały się uporczywie

w odbitą w lustrze postać bladego jak widmo mężczyzny, który stał w progu. To był

jej małżo- nek! To de Ferron!

Najwyższym wysiłkiem woli zachowała zimną krew. Odwróciła się w tym samym mo- mencie,

gdy Ferron przekroczył próg i zamknął drzwi. On milczał. Ona leciutko, prawie drżą-

cym głosem szeptała bezmyślnie:

– Jakeś się tu znalazł? ? Ferron chciał odpowiedzieć, lecz niewyraźne słowa, jakie

wydobyły się z jego ust, podob- ne były raczej do charkotu, więc lekkim skinieniem

ręki wskazał jej klucz, który mu wręczył Franciszek I. Magdalena poznała ten klucz

i straszliwa myśl przeszyła jej mózg: „ Ferron wy- szpiegował króla! Ferron go zamordował!

” Jej lęk przed mężem znikł w jednej chwili. Przy- skoczyła do niego, porwała za

ręce.

– Ten klucz! ! – krzyknęła. – Ten klucz! ! Jak go zdobyłeś? Ferron zgadł jej myśli.

Przypływ zazdrości zbudził w nim wściekły gniew, w obliczu któ- rego zbladła nawet

rozpacz. Jednym silnym ruchem otrząsnął się z uścisku rąk Magdaleny i odtrącił ją

od siebie. Upadła na podłogę tuż przy oknie, znowu wstrząsana uczuciem strachu przed

tym mężczyzną, który następując na nią z podniesionymi pięściami, wołał:

– Milcz, nieszczęsna! Wiem o twojej hańbie! Ten klucz. . . To on mi go wręczył! On,

twój kochanek! Król!

Oszalała ze strachu Magdalena otworzyła okno i wychyliła się na dwór: – Franciszku!

! Najjaśniejszy panie! Do mnie! Szaleństwo! Niepodobna, by jej Franciszek mógł być

do tego stopnia podły! Jej król nie omieszka pośpieszyć na jej rozpaczliwe wołanie!

– Do mnie, , Franciszku! – wzywała pomocy. . Tym razem król odpowiedział. Donośnym

głosem krzyknął: – Zerwałem moje okowy. . . . Żegnaj, luba! Żegnaj moja „ Piękna

Kowalko! ” Głos króla, który zaczął nucić swoją ulubioną balladę, oddalił się. Potem

nie było już sły- chać nic więcej.

Magdalena skamieniała ze zgrozy. Czuła, że traci zmysły. Wszystko zapadło się w otchłań

nicości. Wychyliła się przez okno i z bezgraniczną odrazą wykrzyknęła:

– Król Francji to nikczemnik! ! Nikczemnik i wiarołomca! Upadła na wznak zemdlona.

Ferron przez chwilę przyglądał się jej z gniewnym spokojem. Ręce mu drżały, usta

również, nawet głowa chwiała się, wstrząsana jakimiś dreszczami. Wreszcie przysiadł

tuż przy niej i, wspierając podbródek na rękach, pogrążył się w niemej kontemplacji

i rozpaczy. Czas wlókł się. Wszystko uciekało, umierało, jedynie ból pozostał żywy.

Bicie zegara zbudziło Ferrona z odrętwienia. – Jedenasta! ! – zawołał jakiś głos

na dworze.

. – To głos kata – rozpoznał go Ferron i westchnął głęboko. Wstał, potoczył dokoła

błędnym spojrzeniem, na stole spostrzegł srebrną szkatułkę cu- downej florenckiej

roboty. Królewski dar! Straszny uśmiech wykrzywił mu twarz. Porwał cacko, pochylił

się nad Magdaleną, podniósł ją i zszedł ze swym ciężarem na dół. Przed dom- kiem

czekał powóz.

Ferron wrzucił do niego ciągle jeszcze nieprzytomną kobietę, potem zwracając się

do kata podał mu srebrne pudełeczko.

– Oto zapłata! ! – rzekł posępnie, intonacją głosu podkreślając podwójne znaczenie

tego wy- razu.

Kat porwał szkatułkę, przyjrzał się jej i z radosnym pomrukiem kiwnął głową. Szybko

za- jął miejsce na koźle, a Ferron wsiadł do powozu, nakazując:

11 – Ulicami Paryża co koń wyskoczy!

! „ Co koń wyskoczy, woźnico! Co koń wyskoczy, kacie! ” – tłukło mu się po głowie

podczas tej piekielnej jazdy. Brzęk podków zbudził donośne echo w uśpionych ciemnych

ulicach. Wreszcie powóz znalazł się przed Bramą św. Dionizego, która otworzyła się

na dany przez woźnicę znak.

Poza murami stolicy droga była znacznie gorsza, usiana wybojami, więc powóz posuwał

się z trudem ale w końcu zbliżył się do ciemnego punktu majaczącego w mroku nocy.

Magdalena, która tymczasem zbudziła się z omdlenia, jęła się rzucać, błagać o litość

i przebaczenie.

– Łaski! ! Dokąd mnie wieziesz? ! Łaski! Hen w dali ciemny punkt rozszerza się, uwypukla,

zaczyna przybierać wyraźniejszy kształt. Powóz zatrzymał się. Ferron wyskoczył pociągając

za sobą Magdalenę.

– Łaski! Pomocy! Franciszku! Franciszku! – szlochała kobieta; lęk chwilowo zatarł

w jej sercu pamięć o nikczemnym postępku kochanka.

– Tak! – warknął Ferron. – Wzywaj go! Gdzież jest ten twój Franciszek? Gdzie jest

ów kawaler, który uprzedził mnie o zdradzie? Gdzież jest ten ukochany, który cię

wydał w ręce kata? Gdzie on jest? Cierpliwości, Magdaleno! Odnajdę go, moja żądza

zemsty i rozpacz do- pomogą mi. A wtedy. . . Drzyjcie przede mną! Ty pójdziesz pierwsza,

potem on!

Powiedziawszy to rzucił ją w ramiona kata. Magdalena zaczęła rozglądać się dokoła

wzro- kiem błędnym ze strachu i grozy. Nagle ujrzała okropny obraz.

– Ojcze niebieski! ! – wybełkotała. . – Gdzie ja jestem? Tuż przed sobą zobaczyła

dziwny kształt murowanej budowli, jakieś na pozór bezładne połączenie muru, belek

i powrozów.

Krzyk śmiertelnej grozy rozdarł ciszę nocy: – Przebóg! ! To szubienica na Montfaucon!

– Gdzie jest twój Franciszek? ? Gdzie jest twój kochanek? Co robi twój „ Król- Rycerz

” ? ! – Łaski! ! Litości! – jęczała nieszczęsna pani Ferron.

12

ROZDZIAŁ III BŁAZEN

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin