WIZJA.DOC

(1319 KB) Pobierz
WIZJA LOKALNA

WIZJA LOKALNA


STANISŁAW LEM

DZIEŁA ZEBRANE STANISŁAWA LEMA

pod redakcja Jerzego Jarzębskiego


Katar

Wizja lokalna

Powrót z gwiazd

Pokój na Ziemi

Golem XIV

Eden

Dzienniki gwiazdowe

Fiasko

Wysoki Zamek

Dialogi

Czy pan istnieje, Mr. Johns?

Opowieści o pilocie Fincie

Śledztwo

Szpital Przemienienia

Summa technologiae

Człowiek z Marsa

Solaris

Filozofia przypadku

Niezwyciężony

Lube czasy. Dziury w całym

Cyberiada

Tajemnica chińskiego pokoju

Apokryfy

Głos Pana

Zagadka

Rozprawy i szkice

Pamiętnik znaleziony w wannie

Sex wars

Fantastyka i futurologia

Utwory młodzieńcze

Posłowie Jerzy Jarzębski

Wydawnictwo Literackie

 


© Copyright by Stanisław Lem, 1982 © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998 Copyright for the Afterword by Jerzy Jarzębski

Projekt okładki i układ typograficzny Tomasz Lec

Redaktor prowadzący Krystyna Zaleska

Redaktor techniczny Bożena Korbut

Wydanie pierwsze w tej edycji Printed in Poland Wydawnictwo Literackie 1998 31-147 Kraków, ul. Długa l http://www.wl.interkom.pl e-mail: handel@wl.interkom.pl Skład i łamanie: Edycja Kraków, pl. Matejki 8

Druk i oprawa: Zakłady Graficzne ATEXT S.A. 80-164 Gdańsk, ul. Trzy Lipy 3

ISBN 83-08-02932-9 całość ISBN 83-08-02937-X


W SZWAJCARII

Po wylądowaniu w Cap Canaveral oddałem statek do remontu i skoncentrowałem się na wilegiaturze. Po tak długiej wyprawie należał mi się odpoczynek. Kropką jest Ziemia tylko z Kosmosu, po wylądowaniu okazuje się spora. Wakacje zaś to nie tylko kwestia pięknej okolicy, ale i na­leżytej ostrożności. Pojechałem tedy do kuzyna profesora Tarantogi, który ma rozsądny zwyczaj nieczytania prasy codziennej od razu, lecz dopiero po paru tygodniach, gdy się odleży. Wolałem wybrać uzdrowisko u znajomego niż w jakiejś publicznej bibliotece. Przecinać pola magnetyczne Galaktyki to nie w kij dmuchał. Kości porządnie mnie już łamią. Daje też znać o sobie kolano, które skręci­łem sobie w Himalajach, gdy aluminiowy stołek zapadł się pode mną na obozowisku. Na reumatyzm najlepsze jest suche gorąco, oczywiście klimatyczne, a nie bitewne. Bliski Wschód jak zwykle nie wchodził w rachubę. Arabowie wciąż uprawiają ten przekładaniec, w którym ich państwa łączą się, rozłączają, jednoczą i biją się ze sobą dla różnych przyczyn, lecz już nie próbuję ich nawet zrozumieć. Nie byłyby złe nasłonecznione południowe stoki Alp, tam jednak nie postoi już moja noga, odkąd zostałem porwany w Tury­nie jako księżniczka di Cavalli albo może di Piedimonte. Nie zostało to do końca wyjaśnione. Przyjechałem na kongres astronautyczny, sesja skończyła się po północy,


nazajutrz miałem lecieć do Santiago, zabłądziłem autem, nie mogłem znaleźć hotelu i wjechałem do jakiegoś pod­ziemnego parkingu, żeby się choć za kierownicą zdrzem­nąć. Jedyne wolne miejsce było wprawdzie zagrodzone jakimiś kolorowymi wstęgami, bodajże na znak, że księż­niczka została komuś poślubiona, ale nic o tym nie wiedzia­łem, a zresztą jakie znaczenie mogło to mieć o pierwszej w nocy. Najpierw zakneblowali mnie i związali, położyli do kufra, auto wyprowadzili na ulicę, załadowali na wielką naczepę, którą wozi się fabrycznie nowe samochody, i po­wieźli w swe ustronie. Jestem wprawdzie mężczyzną, płci nie można jednak teraz rozpoznać od ręki, brody nie noszę, odznaczam się urodą, jednym słowem, wyciągnęli mnie z bagażnika u stóp wspaniałej górskiej panoramy i za­prowadzili do samotnego domku. Pilnowało mnie dwu drabów na zmianę, za oknem śniegi Alp, lecz oczywiście żadnego opalania się, nic z tego. Ze śniadym wąsaczem grałem w bierki, bo nie było go stać umysłowo na szachy, a drugi, bez wąsów, ale z brodą, miał przykry obyczaj nazywania mnie antrykotem. Było to aluzją do mego losu, jeśli księstwo nie zapłacą okupu. Już wiedzieli, że nie mam nic wspólnego z rodziną di Cavalli czy di Piedimonte, ale to wcale nie zbiło ich z pantałyku, bo zastępcze porywanie weszło już w życie. Przedtem raz i drugi uprowadzono nie te dzieci, co zostały upatrzone, i rodzice właściwych dzieci przyszli z pomocą niemajętnym. Potem to się przeniosło i na osoby pełnoletnie. Niemcy nazywają ten rodzaj eine Ersatzentfuhrung, a oni się na tym znają. Niestety, gdy na mnie trafiło, już tych namiastkowych uprowadzeń namno­żyło się, serca bogaczy stwardniały, i nikt nie chciał dać za mnie złamanego szeląga. Próbowali coś wytargować w Wa­tykanie, Kościół jest profesjonalnie poświętliwy, lecz ciąg­nęło się to okropnie. Przez miesiąc musiałem grać w bierki i wysłuchiwać gastronomicznych gróźb faceta, który pocił się niemożliwie i tylko rechotał, gdy go prosiłem, żeby wziął tusz, toż w domu jest łazienka, ja sam go namydlę. Ostatecz­


nie zawiódł i Kościół. Byłem przy ich kłótni, omal się nie pobili, jedni wołali, żeby rżnąć, a drudzy, żeby za łeb i fora ze dwora księżniczkę. Księżniczką uparł się mnie nazywać ten śniady. Miał kaszak na ciemieniu. Musiałem go wciąż oglądać. Jeść musiałem to samo co oni, z taką różnicą, że oblizywali się po makaronie z oliwą, a mnie mdliło. Szyja bolała jeszcze, odkąd usiłowali nakłonić mnie, żebym się przyznał, że jestem przynajmniej jakimś pociotkiem książąt, skoro wjechałem na ich parking, i za to, że ich tym oszukałem, porządnie mi przyłożyli. Odtąd Włochy prze­stały dla mnie istnieć.

Austria jest miła, ale znam ją jak własną kieszeń, a wolę jechać tam, gdzie dotąd nie bywałem. Pozostawała Szwaj­caria. Chciałem się poradzić kuzyna Tarantogi, co o niej myśli, ale postąpiłem głupio, wdając się z nim w rozmowę, bo to jest wprawdzie globtroter, lecz zarazem antropolog amator, zbierający tak zwane graffiti po wszystkich ubika­cjach świata. Cały dom zmienił w ich kolekcję. Gdy zaczyna mówić o tym, co ludzie wypisują na ścianach klozetów, oczy zapalają mu się natchnionym ogniem. Utrzymuje, że tylko tam ludzkość jest do samego końca szczera i że na tych kafelkach widnieje nasze ,,mane tekel fares", jako też „entia non sunt multiplicanda praeter necessitatem". Foto­grafuje te napisy, powiększa je, zalewa pleksiglasem i wie­sza u siebie na ścianach, z daleka wygląda to jak mozaika, a z bliska zapiera człowiekowi dech. Pod egzotycznymi, jak chińskie i malajskie, umieszcza tłumaczenia. Wiedziałem, że uzupełniał swe zbiory i w Szwajcarii, lecz postąpiłem głupio, bo on nie zauważył tam żadnych gór. Narzekał, że oni od rana do wieczora myją te ubikacje, niszcząc kapital­ne napisy, nawet złożył w Kulturdezernat w Zurychu me­moriał, żeby myli co trzeci dzień, lecz nikt nie chciał z nim mówić, a o tym, żeby go wpuścili do damskich toalet, nie było nawet mowy, choć miał z UNESCO papier, nie wiem, jak go wydębił, wyjawiający naukowy charakter jego prac. Kuzyn Tarantogi nie wierzy we Freuda ani we freudystów,


bo od Freuda można się dowiedzieć, co ma na myśli ten, komu na jawie lub we śnie zjawia się wieża, maczuga, słup telegraficzny, polano, przodek wozu z dyszlem, pal i tak dalej, lecz cała mądrość się kończy, gdy ktoś śni bez wszelkiej okrężności. Kuzyn Tarantogi żywi osobistą ani­mozję do psychoanalityków, ma ich za durniów, i musiał mi koniecznie wyłożyć, dlaczego. Pokazywał mi perły swych zbiorów, rymowanki coś w osiemdziesięciu językach, przy­gotowuje bogato ilustrowaną książkę, kompendium z atla­sem, oczywiście opracował też statystycznie, ile czego po­jawia się na kilometr kwadratowy czy może na tysiąc mieszkańców, nie pamiętam już, jest poliglotą, choć z pew­nym zawężeniem, ale i to nie jest byle czym, zważywszy bogactwo ludzkiego wysławiania w tej sferze. On zresztą twierdzi, że okoliczności miejsca paskudnie go brzydzą, rękawiczki chirurgiczne, dezodorant w sprayu, a jakże, lecz jako naukowiec musi w sobie pokonywać odruchy, w prze­ciwnym razie entomologowie studiowaliby same motylki i boże krówki, a o karakonach i wszach byłoby głucho. Bojąc się, żebym mu nie uciekł, trzymał mnie za rękaw, a nawet popychał w plecy, ku bardziej doniosłym miejscom ścian; nie narzekam, mówił, ale nie wybrałem sobie łatwego życia. Człowiek, który chodzi do publicznych pisuarów obwieszony aparatami fotograficznymi, obiektywami, który zagląda po kolei do wszystkich kabin, jakby się nie mógł zdecydować, wlokąc za sobą statyw, wywołuje podejrzli­wość babek klozetowych, zwłaszcza skoro nie chce złożyć u nich swego balastu, lecz wszystko taszczy za drzwi, toteż nawet sute purbuary nie chronią go od przykrości. Szcze­gólnie błyskanie flesza spoza zamkniętych drzwi zdaje się działać jak płachta na byka na te strażniczki moralności klozetowej, o których wyraża się z niechęcią. Przy otwar­tych drzwiach nie może pracować, bo to jeszcze bardziej je rozdrażnia. Dziwna rzecz, klienci, którzy tam zachodzą, też patrzą na niego spode łba, a bywało, że nie skończyło się na spojrzeniach, choć muszą być wśród nich autorzy i powinni

10


być mu właściwie choć trochę zobowiązani za uwagę. W zautomatyzowanych wychodkach nie ma tych proble­mów, lecz on musi bywać we wszystkich, w przeciwnym razie zgromadzony materiał nie będzie ważką statystycznie reprezentatywną próbą populacji. Musi niestety ograniczać się do takich próbek, cały zbiór światowy klozetów prze­kracza ludzkie siły, już nie wspomnę, ile ich jest, ale on to obliczył. Wie, czym się pisze, gdy nic nie ma pod ręką, i jak, a zwłaszcza w jaki sposób niektórzy, parci inwencją, umieszczają aforyzmy, a nawet rysunki pod samym sufi­tem, choć po porcelanie i szympans nie wdrapałby się tak wysoko. Chcąc z uprzejmości podtrzymać rozmowę, zasu­gerowałem, że może noszą z sobą składane drabinki, i ta moja ignorancja wielce go rozsierdziła. W końcu urwałem się jakoś i uszedłem pogoni, bo gadał do mnie jeszcze na schodach, i bardzo rozeźlony tą wpadką, boż niczego nie dowiedziałem się o Szwajcarii, wróciłem do hotelu, gdzie okazało się, że kilka zawiesistych okazów, które mi wydeklamował, tak wlazło mi w mózg, że im bardziej je chciałem zapomnieć, tym uporczywiej pchały mi się w myśli. Zresztą ten cały kuzyn może i ma jakąś swoją rację, pokazując wiszący nad biurkiem wielki napis: homo sum et nil humani a me alienum puto.

Ostatecznie zdecydowałem się na Szwajcarię. Od daw­na nosiłem w duszy jej obraz. Ot, wstajesz rano, pod­chodzisz w bamboszach do okna, a tam alpejskie łąki, liliowe krowy z wielkimi literami MILKA na bokach; sły­sząc ich pasterskie dzwonki, kroczysz do jadalni, gdzie z cienkiej porcelany dymi szwajcarska czekolada, a szwaj­carski ser lśni gorliwie, bo prawdziwy ementaler zawsze się troszeczkę poci, zwłaszcza w dziurach, siadasz, grzanki chrupią, miód pachnie alpejskimi ziołami, a błogą ciszę solennie punktuje tykot szwajcarskich zegarów. Rozwijasz świeżutką ,,Neue Zlircher Zeitung", wprawdzie widzisz na pierwszej stronie wojny, bomby, liczby ofiar, ale takie dalekie to, jakby za pomniejszającym szkłem, bo wokół ład

11


i cisza. Może i są gdzieś nieszczęścia, ale nie tu, w sercu terrorystycznego niżu, proszę, na wszystkich stronicach kantony rozmawiają ze sobą przyciszonym bankowym dia­lektem, odkładasz więc nie doczytaną gazetę, bo skoro wszystko idzie jak w szwajcarskim zegarku, po cóż czytać? Bez pośpiechu wstajesz, nucąc starą piosenkę ubierasz się i samotnie idziesz do gór. Cóż za błogość!

Tak to mniej więcej sobie wyobrażałem. W Zurychu stanąłem w hotelu opodal lotniska i wziąłem się do szuka­nia cichego zakątka w Alpach, na całe lato. Kartkowałem foldery z rosnącym zniecierpliwieniem, tu odstręczały mnie obietnice licznych dyskotek, tam kolejki linowe, co por­cjami wciągają tłumy na lodowiec, a ja nie lubię tłumów, miałem więc trudne zadanie, nie łaknąc ani gór bez komfor­tu, ani komfortu bez gór. Z pierwszego piętra na najwyższe wygoniła mnie nagłośniona orkiestra hotelowa oraz ku­chenna wentylacja, stwarzająca fałszywe, pewno, lecz doj­mujące wrażenie, że tłuszczu na patelniach nie zmienia się od lat. Na górze nie było lepiej. Co parę minut waliły we mnie grzmotem startujące niedaleko dżety. W Europie nie mówi się dżety, lecz odrzutowce, ale słowo dżet lepiej ko­jarzy mi się z biciem po głowie. Kulki w uszach nie poma­gały, bo wibracja silników wkręca się człowiekowi w szpik jak wiertarka dentystyczna. Po dwu dniach przeniosłem się więc do nowego „Sheratona" w centrum, nie zdając sobie sprawy z tego, że to jest hotel w pełni skomputeryzowany. Dostałem apartament zwany z amerykańska ,, suitę", długo­pis reklamowy i plastykowy żeton zamiast klucza do drzwi. Można nim też odmykać pełną alkoholi lodówkę. Była połączona z centralnym komputerem. Telewizor na żądanie pokazywał momentalny stan rachunku. Dość nawet zabaw­ne było patrzeć, jak bezustannie rosną mielące cyfry, w ta­kim tempie, jak czas przy oglądaniu wyścigów, ale to nie były sekundy, tylko franki szwajcarskie. „Sheraton" szczy­cił się wskrzeszaniem starych tradycji, na przykład srebra stołowej zastawy świeciły w jadalni na wszystkich stołach,

12


dawniej sztućce miały wygrawerowane napisy ,, Skradzione w «Bristolu"", w ,,Sheratonie" nic tak drażliwego; w sztuć­cach jest coś, co sprawia, że drzwi podnoszą alarm, gdy wyjść na ulicę ze srebrem w kieszeni. Niestety doświadczy­łem tego i gęsto musiałem się tłumaczyć. Długopis zostawi­łem przy szklance, a łyżeczkę wetknąłem sobie do kieszon­ki, lecz to nie ukoiło wyperfumowanego fagasa, bo łyżeczka lśniła jak umyta, choć jadłem jajka na miękko. No więc cóż, oblizałem ją, taki mam zwyczaj, nie chciałem się jednak spowiadać z intymnych przyzwyczajeń Szwajcarowi, prze­konanemu, że mówi po angielsku. Uznałem sprawę za umorzoną, ale gdym dla igraszki spytał telewizor o wy­sokość rachunku, wyświetlił go z ceną jednej srebrnej ły­żeczki — stała na ekranie jak wół. Skoro za nią zapłaciłem, była moja, więc przy obiedzie wetknąłem taką samą do kieszeni, co wywołało następną awanturę. ,,Sheraton", wyjaśniono mi, nie jest sklepem samoobsługowym. Łyżecz­ka, choć wliczona do rachunku, pozostaje własnością hote­lu. To nie kara, lecz symboliczny gest kurtuazji wobec gościa, bo koszty sądowe obeszłyby mu się drożej. Podraż­niło to moją pieniacza żyłkę, żeby się poprocesować z ,,Sheratonem", ale nie chciałem sobie psuć nastroju, który na razie składał się tylko z nadziei na Szwajcarię mych rojeń.

Przy drzwiach łazienki miałem cztery wyłączniki i do końca pobytu nie opanowałem ich przeznaczenia, dlatego wieczorem wlazłem do łóżka po ciemku. Do poduszki była przypięta karta z serdecznym pozdrowieniem dyrekcji oraz małą Milką, ale nie wiedziałem o tym. Najpierw wbiłem sobie tę szpilkę w palec, a potem jakiś czas szukałem czekoladki pod kołdrą, bo się tam zawieruszyła. Zjadłszy ją, uświadomiłem sobie, że trzeba znów myć zęby, i uczyni­łem to po krótkiej walce wewnętrznej. Potem szukając kontaktu przy łóżku, nacisnąłem coś takiego, że materac zaczął drżeć. O abażur lampy uderzała duża ćma. Nie lubię ciem, zwłaszcza gdy siadają mi na twarzy, chciałem ją trzepnąć, ale w zasięgu ręki był tylko gruby, twardo opraw-

13


ny tom hotelowej Biblii, a Biblią niezręcznie jakoś. Goniłem za tą ćmą dość długo. Wreszcie poślizgnąłem się na alpej­skich folderach, bo przejrzane ciskałem przedtem na dy­wan. Niby nic. Głupstwa, o których wstyd pisać. Gdy jednak popatrzeć głębiej, przestaje to być takie proste. Im większy komfort, tym więcej męczy, a nawet poniża duchowo, bo człowiek czuje, że nie dorósł do korzystania z jego ogromu, jakby stał z łyżeczką przed oceanem, ale mniejsza jednak o łyżeczki.

Nazajutrz z rana zatelefonowałem do pośrednika sprze­daży nieruchomości, pytając o mały, komfortowy domek w górach, może nabyłbym taki na letnią rezydencję. Robię czasem rzeczy, które zaskakują mnie samego, bo właściwie nie chciałem kupować żadnych domków w Szwajcarii. Zresztą sam nie wiem. Miasto było nie to, że pozamiatane, ale wyglansowane na wysoki połysk, parki jak zegarki i ta powszechna odświętność zdawała się zapowiedzią błogiego życia, do którego nie mogłem się jakoś dobrać. Zmarno­wawszy dzień, wciąż niezdecydowany, gdzie wynająć letnie mieszkanie, postanowiłem możliwie rychło opuścić ,,Shera-ton" i myśl ta przyniosła mi znaczną ulgę. Garsonierę, która mi odpowiadała, bo w cichym zaułku, znalazłem następ­nego dnia, i to nawet z dochodzącą, odziedziczoną po poprzednim lokatorze. Miał to być mój ostatni dzień hotelo­wego bytowania. Gdym skończył śniadanie, podszedł do mego stolika duży, siwy, szlachetnie wyglądający mężczyz­na i przedstawił mi się jako mecenas Trurli. Położywszy wielką teczkę obok siebie, poprosił o chwilę uwagi. Powie­dział mi, że znany milioner szwajcarski, doktor Wilhelm Kussmich, będąc od lat entuzjastą mej działalności oraz zapalonym czytelnikiem mych publikacji, pragnie mi jako dowód uszanowania i wdzięczności ofiarować na własność zamek. Tak jest, zamek, z drugiej połowy XVI wieku, nad jeziorem, nie w Zurychu, lecz w Genewie, spalony w czasie wojen religijnych, odbudowany i zmodernizowany przez pana Kussmicha — mecenas recytował historię zamku jak

14


z nut. Musiał ją wykuć pierwej na pamięć. Słuchałem go coraz milej zdziwiony, że pierwotny osąd Szwajcarii, który zaczął mi już więdnąć w duchu, był jednak słuszny. Mece­nas zwalił przede mną na stół olbrzymią księgę w skórze, właściwie album, pokazujący zamek ze wszystkich stron, także z wysokości, na zdjęciach lotniczych. Podał mi zaraz drugi tom, cieńszy, spis przedmiotów, czyli ruchomości znajdujących się w zamku, bo pan Kussmich nie chciał obrazić mnie widokiem gołych ścian i miałem przejąć szacowną budowlę wraz z całym inwentarzem, oprócz nie umeblowanych parterów, lecz na wszystkich wyższych pię­trach same antyki, bezcenne dzieła sztuki, zbrojownia,. a jakże, wozownia, ale nie dał mi czasu się tym delektować, bo spytał tonem oficjalnym, prawie surowo, czy jestem go­tów przyjąć darowiznę? Byłem gotów. Mecenas Trurli za­marł wówczas na chwilę, czyżby modlił się przed przy­stąpieniem do tak poważnego aktu? Mężczyźni jak on zawsze wywołują we mnie iskierkę zawiści. Ich koszule pozostają anielsko białe o trzeciej nad ranem, ich spodnie nigdy się nie mną, a od rozporków nigdy nie odlatują im guziki. Doskonałością tą nieco mnie mecenas mroził, czy raczej usztywniał, lecz trudno było wymagać, by nieznany dobroczyńca skierował do mnie posła bardziej w moim guście. Poza tym nie należało zapominać, że znajdujemy się w Szwajcarii. Po pełnym godności namyśle mecenas Trurli powiedział, że finalnych formalności dokonamy później, a teraz będzie dość, jeśli zechcę złożyć podpis na akcie darowizny. Wyjął z aktówki drugą, przezroczystą; jak mię­dzy szybkami leżał w niej ów starannie wystukany akt, i rozpostarł go przede mną na obrusie, podając mi zarazem swoje pióro, oczywiście szwajcarskie, złote, podobnie jak jego okulary. Następnie odsunął się nieznacznym ruchem od stołu, jakby zawieszał swoją obecność do czasu, gdy zapoznam się z treścią tak ważnego dokumentu. Prze­czytałem więc wszystkie klauzule darowizny. Między in­nymi miałem się zobowiązać, że nie będę przez sześć mie-

15


sięcy tykał dwudziestu ośmiu skrzyń, umieszczonych w sali rycerskiej, i gdy podniosłem oczy na adwokata, nim otwo­rzyłem usta, powiedział, jakby czytając w mych myślach, że w tych oczywiście nie zamkniętych skrzyniach znajdują się unikalne obiekty w rodzaju płócien starych mistrzów;

otóż przekazanie ich na własność cudzoziemcowi, nawet tak znakomitemu jak ja, będzie wymagało pewnego czasu. Ponadto nie mogłem przez dwa lata odsprzedać zamku w całości bądź w częściach ani też udostępniać go osobom trzecim w inny sposób. Nic podejrzanego w tych klauzu­lach nie zauważyłem. Czy zresztą moja podejrzliwość nie była wyrazem przytłoczenia tą wspaniałomyślnością, która łańcuchami ciężkiej prawniczej niemczyzny Szwajcarów jak spuszczonym mostem wprowadzała mnie na zamkowe komnaty? Troszkę spociłem się, składając podpis, a wtedy mecenas Trurli podniósł małym, lecz władczym ruchem rękę i dwóch fagasów hotelowych, których dotąd nie za­uważyłem, bo czekali dyskretnie za palmami, podeszło, aby uwierzytelnić autentyczność mojego podpisu swymi. Musiał ich tam ustawić w kącie już przedtem. Doprawdy zadbał o staranną oprawę tej sceny. Gdy zostaliśmy sami, Trurli poprosił, bym zechciał sygnować jeszcze osobny kodycyl na odwrocie aktu. Zezwalałem tam osobom upoważnionym przez ofiarodawcę, aby sprawdzały okresowo, czy dotrzy­muję warunków 8, 9 i 11 paragrafu, to znaczy, czy nie gmeram w skrzyniach z drogocenną zawartością. Myśl, że jacyś obcy ludzie mają mi się kręcić po zamku i zaglądać, gdzie się im podoba, zmroziła mnie. Adwokat wyjaśnił czysto formalny charakter owego punktu. Akt, dodawał, nabrał mocy prawnej i mogę w każdej chwili objąć cały obiekt wraz z przyległym parkiem w posiadanie. Już wsta­wał, gdy szczęśliwie przyszło mi do głowy spytać, kiedy mógłbym osobiście wyrazić podziękowanie memu dobro­czyńcy. Pan Kussmich był aktualnie bardzo zajęty, stał bo­wiem na czele koncernu wytwarzającego koncentraty żyw­nościowe, ze słynną pożywką Milmil na czele, a to jest pre-

16


parat służący dziecięcemu zdrowiu na wszystkich konty­nentach. Termin naszego spotkania przyjdzie ustalić osob­no. Adwokat uścisnął mi dłoń, stary szafkowy zegar za nami począł wybijać jedenastą i w tych poważnych dźwiękach już jako pan na szwajcarskim zamku patrzałem, jak Trurli kroczy po dywanach, jak rozskakują się przed nim szklane tafle wyjścia, a szofer ze sztywną czapką pod lewym ramie­niem otwiera przed nim drzwi czarnego mercedesa, i do­szedłem do przekonania, że coś takiego od dawna mi się już właściwie należało.

Zamek okazał się niestety niemieszkalny. Ostatniej zimy pękły rury centralnego ogrzewania. Czy jednak daro­wanemu...? Porzuciwszy plan wyjazdu w Alpy, wziąłem się za remont. Architekt wnętrz usiłował przekonać mnie do swego projektu obrócenia parterowych sal w pałacową feerię, a gdym mu się oparł, poddał się bardzo złośliwie, bo zwalił na mnie wszystkie decyzje razem z dotyczącymi wykładziny łazienek (była spękana) i stylu klamek (ktoś je poodkręcał). Ładny grosz włożyłem już w mury, aż tu gazety na pierwszych stronach przyniosły sensacyjne wieści o Milmilu. Wyszło na jaw, z czego naprawdę robi się tę pożywkę. Powstał międzynarodowy komitet poszkodowa­nych matek, który wytoczył Klissmichowi proces. Powódz­two sięgało dziewięćdziesięciu ośmiu milionów franków szwajcarskich. Zmarnowane zdrowie dzieci, fizyczne i du­chowe cierpienia rodziców, nawiązki za ból — prasa dono­siła o wszystkim szczegółowo — a przyjeżdżając na oględzi­ny prac remontowych, musiałem się przepychać przez pikiety z transparentami, uwłaczającymi temu, kto mało że ma pałac z trucia dzieci, to jeszcze go sobie śmie dosmaczać teraz, gdy już wiszą nad nim sądowe terminy. Raz i drugi udało mi się wyjaśnić, że nie jestem Kussmichem i nie mam nic wspólnego z niemowlętami, ale za trzecim jakaś starsza pani z Armii Zbawienia, która pewno nie dosłyszała mnie, śpiewając i waląc w bęben, wzięła od drugiej tablicę z żądaniem sprawiedliwości i dała mi nią po głowie. To


2 — Wizjo lokalna

17

 


uświadomiło mi, w jak niezręczną sytuację wpakował mnie Kussmich zamkiem. Zatelefonowałem do adwokata, chcąc usłyszeć jego zdanie, on zaś poradził mi, żebym unikał dziennikarzy. Najlepiej zrobię, rzekł Trurli, jeśli wyjadę na jakiś czas w Alpy. Poszedłem za tą sugestią, boż i tak po to przyjechałem przecież do Szwajcarii. Myślałem po cichu, co wyznaję szczerze zgodnie z mym obyczajem mówienia samej prawdy, że wszystko ucichnie, gdy Kussmich znaj­dzie się nareszcie w kryminale. Dalej sądziłem bowiem, osioł...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin