Opętanie - Raymond Radiguet (z ilustracjami).pdf

(1985 KB) Pobierz
Raymond Radiguet
Opętanie
Przełożyła
Krystyna Dolatowska
Ilustrował
Jan Młodożeniec
N
arażę się na wiele zarzutów. Cóż jednak poradzę? Czy to moja
wina, że na parę miesięcy przed wybuchem wojny
skończyłem dwanaście lat? Zapewne w normalnych czasach nie
miewa się w tym wieku przeżyć, jakie mnie przyniósł ten
niezwykły okres; ponieważ jednak nie ma takiej siły, która by,
wbrew pozorom, posunęła nas w latach, miałem zachować się jak
dziecko w sytuacji, która i dla dorosłego mężczyzny byłaby trudna
do rozwiązania. I nie tylko ja jeden. Moim kolegom również
zostanie o tym okresie wspomnienie inne niż ludziom od nich
starszym. Niechaj ci, co mają mi to za złe, spróbują wyobrazić
sobie, czym była wojna dla tylu bardzo młodych chłopców:
czterema latami wakacji.
Mieszkaliśmy w F. nad Marną.
Rodzice moi byli raczej przeciwni koleżeńskiemu współżyciu
chłopców i dziewcząt. Podsycało to, zamiast uciszać, zmysłowość,
która przychodzi na świat razem z nami i objawia się, ślepa jeszcze.
Nigdy nie byłem marzycielem. To, co innym, bardziej
łatwowiernym, wydaje się marzeniem, dla mnie było równie
rzeczywiste jak ser dla kota, mimo szklanego klosza. Jednak klosz
istnieje. Kiedy się stłucze, kot z tego korzysta, nawet jeżeli to
własny jego pan go stłukł i pokaleczył przy tym ręce.
Nie przypominam sobie, bym od lat dwunastu kochał się w
kimkolwiek, prócz pewnej dziewczynki, imieniem Carmen, której
za pośrednictwem młodszego kolegi przesłałem list z wyznaniem
miłości. Uważałem, że miłość upoważnia mnie, by prosić o
spotkanie. List został jej doręczony rano, przed rozpoczęciem lekcji.
Wyróżniłem tę jedną jedyną dziewczynkę, gdyż łączyło nas
pewne podobieństwo, była czysta i chodziła do szkoły razem z
młodszą siostrą, tak jak ja z moim młodszym bratem. Aby tych
dwoje świadków zachowało milczenie, postanowiłem ich
skojarzyć. Do mego listu dołączyłem więc list w imieniu brata,
który nie umiał jeszcze pisać, do panny Fauvette. Bratu
wytłumaczyłem moje pośrednictwo i to, że mieliśmy wyjątkowe
szczęście trafiając akurat na dwie siostry w naszym wieku i o tak
niezwykłych imionach.
Kiedy po drugim śniadaniu zjedzonym z rodzicami, którzy
mnie rozpieszczali i nie gniewali się na mnie nigdy, wróciłem do
szkoły, miałem możność przekonać się ze smutkiem, iż mój Sąd o
Carmen okazał się słuszny: była to rzeczywiście przykładna
dziewczynka.
Ledwo koledzy zdążyli usiąść w ławkach – ja, jako prymus,
przykucnąłem właśnie przed szafą ścienną, żeby wyjąć książki do
głośnego czytania – wszedł dyrektor. Uczniowie wstali. Dyrektor
trzymał w ręku jakiś list. Nogi się pode mną ugięły, książki
wypadły mi z rąk, schyliłem się, by je pozbierać, a tymczasem
dyrektor rozmawiał z nauczycielem. Uczniowie z pierwszych
ławek odwracali się już do mnie, purpurowego, w głębi klasy, bo
słyszeli wymieniane szeptem moje nazwisko. Wreszcie dyrektor
przywołał mnie i chcąc ukarać w sposób subtelny, nie budząc przy
tym, jak sądził, żadnych niewłaściwych podejrzeń wśród uczniów,
pogratulował mi, że napisałem list, gdzie na dwunastu linijkach
nie zrobiłem ani jednego błędu. Zapytał, czy napisałem go sam, a
później poprosił, żebym poszedł za nim do gabinetu. Nie
poszliśmy tam wcale. Wypalił mi reprymendę na podwórzu,
pośród ulewnego deszczu. Dużym wstrząsem dla moich pojęć
moralnych był fakt, że za równie poważną przewinę uważał to, iż
skompromitowałem młodszą panienkę (której rodzice przekazali
mu moje wyznanie miłosne), jak to, że ściągnąłem arkusz papieru
listowego. Zagroził mi, że prześle ten list moim rodzicom. Zacząłem
błagać, by tego nie robił.
Ustąpił, ale powiedział, że go zachowa i gdyby powtórzyło
się coś podobnego, nie będzie mógł dłużej ukrywać moich
wybryków.
Mieszanina zuchwałości i nieśmiałości w moim zachowaniu
wywodziła zawsze w pole moich najbliższych; tak samo jak
łatwość, z jaką przyswajałem sobie wiadomości, kryjąca w gruncie
rzeczy lenistwo, sprawiała, że uchodziłem w szkole za dobrego
ucznia.
Wróciłem do klasy. Profesor nazwał mnie ironicznie Don
Juanem. Niezmiernie mi to pochlebiło, zwłaszcza że przytoczył
tytuł książki, którą znałem, a której moi koledzy nie znali. Jego:
„Dzień dobry, Don Juanie!”, i mój porozumiewawczy uśmiech
zmieniły od razu stosunek klasy do mnie. Może zresztą chłopcy
wiedzieli już, że poleciłem malcowi z młodszej klasy zanieść list do
jednej z „dziewuch”, jak się to mówi w twardym języku
uczniowskim.
Ten malec nazywał się Messager; nie wybierałem go
specjalnie ze względu na nazwisko, ale wzbudziło ono we mnie
jednak pewne zaufanie[1].
O pierwszej błagałem dyrektora, żeby nic nie mówił memu
ojcu; o czwartej korciło mnie, żeby mu wszystko opowiedzieć. Nic
mnie do tego nie zmuszało. Zapisałbym to wyznanie raczej na
konto szczerości. Wiedząc, że ojciec nie będzie się na mnie
gniewać, byłem w gruncie rzeczy uszczęśliwiony, że dowie się o
moim wyczynie.
Przyznałem się więc i dodałem z dumą, że dyrektor przyrzekł
mi całkowitą dyskrecję (jakbym był dorosłą osobą). Ojciec chciał
się przekonać, czy nie wyssałem z palca całej tej historii. Poszedł
do dyrektora. W trakcie wizyty wspomniał mimochodem o tym,
co uważał jedynie za żart. „Jak to? – zapytał wówczas dyrektor,
niemile zaskoczony. – Opowiedział panu o tym? Mnie błagał,
żebym nic panu nie mówił, bo go pan zabije”.
Dyrektor chciał usprawiedliwić się tym kłamstwem, a ja
poczułem się dzięki niemu jeszcze bardziej mężczyzną. Za jednym
zamachem zyskałem szacunek kolegów i porozumiewawcze
spojrzenie nauczyciela. Dyrektor nie dawał poznać po sobie urazy,
jaką czuł do mnie. Biedak nie wiedział jeszcze o tym, o czym ja już
wiedziałem: ojciec, zgorszony jego postępowaniem, postanowił, że
tylko do końca roku zostanę w tej szkole. Był początek czerwca.
Moja matka, nie chcąc, by ta decyzja wpłynęła ujemnie na moje
odznaczenia i laury, powstrzymała się z wyjawieniem jej aż do
rozdania nagród. W dniu tym dzięki niesprawiedliwości
dyrektora, który lękał się niejasno skutków swego kłamstwa, ja
jeden w klasie otrzymałem złoty wieniec, na który zasługiwał
również inny chłopiec, wzorowy uczeń. Zła kalkulacja: szkoła
straciła przez nią dwóch najlepszych wychowanków, gdyż ojciec
tamtego odebrał go także.
Tacy uczniowie jak my służyli za przynętę dla innych.
Matka uważała, że jestem za młody, by chodzić do Henryka
IV. Dla niej znaczyło to: by dojeżdżać.
Przez dwa lata uczyłem się więc w domu.
Obiecywałem sobie Bóg wie co, gdyż – mogąc uporać się w
cztery godziny z tym, na co moim dawnym współtowarzyszom
potrzeba było przeszło dwa dni – miałem więcej niż pół dnia dla
siebie.
Przechadzałem się sam nad Marną, która była tak bardzo
naszą rzeką, iż mówiąc o Sekwanie moje siostry powiadały:
„Wiesz, taka Marna”. Wchodziłem nawet, mimo zakazu, do łódki
ojca; jednak nie wiosłowałem, choć nie przyznawałem się przed
sobą, że lęk, który mnie od tego powstrzymywał, nie był lękiem
przed nieposłuszeństwem. Kładłem się w łódce i czytałem. W 1913
i 1914 dwieście książek. Wcale nie tak zwane niedobre książki, ale
raczej najlepsze, jeśli już nie ze względu na ich ducha, to na
artyzm. Toteż dopiero o wiele później, w wieku kiedy młodzież
pogardza książkami z „Różowej Biblioteki”, ja zasmakowałem w
ich dziecinnym uroku, gdy tymczasem w tamtym okresie nie
byłbym ich czytał za nic na świecie.
Złą stroną tych rekreacji na przemian z nauką było, że cały
rok nabierał pozorów wakacji. Codzienne lekcje to był drobiazg,
ale ponieważ ucząc się krócej od innych uczyłem się też wtedy,
gdy tamci mieli wakacje, ten drobiazg stawał się korkiem
uwiązanym przez całe życie kotu u ogona, gdy tymczasem kot na
pewno wolałby pomęczyć się bardziej, ale krótko.
Zbliżały się prawdziwe wakacje, ale mnie niewiele to
obchodziło, gdyż nie oznaczało żadnej zmiany. Kot spoglądał
wciąż na ser pod kloszem. Nadeszła wojna. Rozbiła klosz.
Gospodarze mieli teraz inne zmartwienia i kot się ucieszył.
Prawdę mówiąc, każdy się cieszył we Francji. Dzieci, z
nagrodami pod pachą, tłoczyły się przed obwieszczeniami. Źli
uczniowie korzystali z zamieszania w domu.
Co dzień chodziliśmy po obiedzie na stację w J., o dwa
kilometry od nas, oglądać pociągi wojskowe. Braliśmy ze sobą
kampanule i rzucaliśmy je żołnierzom. Damy w kitlach napełniały
manierki czerwonym winem i całe litry rozlewały po peronie
zasłanym kwiatami. Wszystko to zostawiło mi wspomnienie
jakiegoś fajerwerku. Nigdy nie widziałem tyle rozlanego wina,
zwiędłych kwiatów. Trzeba było przystroić flagami nasz dom.
Wkrótce przestaliśmy chodzić do J. Moi bracia i siostry zaczęli
mieć pretensję do wojny, trwała zbyt długo. Odbierała im morze.
Przyzwyczajeni do późnego wstawania, teraz musieli kupować
gazety o szóstej rano. Żałosne urozmaicenie! Lecz koło
dwudziestego sierpnia te małe potwory odzyskują nadzieję.
Zamiast wstawać zaraz od stołu, przy którym zasiedzieli się dorośli,
Zgłoś jeśli naruszono regulamin