Lothar Günther Buchheim - Okręt.pdf
(
3203 KB
)
Pobierz
LOTHAR-GÜNTHER
BUCHHEIM
OKRĘT
Przełożył ADAM KASKA
TYTUŁ ORYGINAŁU NIEMIECKIEGO
DAS BOOT
Choć książka ta jest powieścią, nie jest ona wytworem fantazji.
Autor sam przeżył odtworzone w niej wydarzenia, stanowią one
sumę jego doświadczeń, zdobytych na okrętach podwodnych.
Mimo to opisy postaci nie są portretami osób żyjących wtedy czy
jeszcze dzisiaj.
Przedstawione w tej książce działania okręt prowadził jesienią
i zimą 1941 roku. W tym czasie zarysowały się zmiany na
wszystkich frontach. Pod Moskwą, po raz pierwszy w tej wojnie,
oddziały Wehrmachtu zostały zatrzymane. W północnej Afryce
jednostki brytyjskie przeszły do ofensywy. Stany Zjednoczone
przygotowywały dostawy pomocnicze dla Związku Radzieckiego
i – bezpośrednio po napadzie japońskim na Pearl Harbor – stały
się również stroną wojującą.
Z czterdziestu tysięcy marynarzy niemieckich okrętów
podwodnych w drugiej wojnie światowej trzydzieści tysięcy nie
powróciło.
Lothar-Günther Buchheim
BAR ROYAL
Z kwater oficerskich w hotelu „Majestic” do „Bar Royal” droga
prowadzi tuż nad brzegiem; jest to właściwie jeden rozciągnięty zakręt
długości pięciu kilometrów. Księżyc jeszcze nie wzeszedł. Mimo to
ulicę widać jako bladą wstęgę.
Dowódca docisnął pedał gazu, jakby brał udział w nocnych
wyścigach. Ale nagle musi puścić gaz i nadusić hamulec. Opony
piszczą. Przyhamować, puścić, znowu ostro przyhamować. Stary robi to
dobrze i zatrzymuje ciężki wóz bez szarpnięcia przed dziko miotającym
się facetem. Granatowy mundur. Czapka z daszkiem. Co za naszywka na
rękawie? Bosman!
Teraz stoi, gestykulując gwałtownie, obok stożka światła naszych
reflektorów. Nie widać jego twarzy. Dowódca chce znowu powoli
ruszyć wozem, ale bosman młóci dłońmi w osłonę chłodnicy i ryczy: –
Ty żwawa sarenko! Złamię ci serce prędko!
Przerwa, potem znowu werbel na chłodnicy i jeszcze raz: – Ty
żwawa sarenko! Złamię ci serce prędko!
Dowódca wykrzywia twarz. Zaraz eksploduje. Ale nie, włącza
wsteczny bieg. Wóz robi skok, tak że nieomal uderzam w szybę.
Potem pierwszy bieg. Slalomowy skręt. Wyjące opony. Drugi bieg.
– To był nasz beo-bosman – wyjaśnia mi dowódca. – Schlany jak
bela.
Główny mechanik, który siedzi za nami, klnie pod nosem.
Ledwie dowódca porządnie się rozpędził, musi znowu hamować. Ale
teraz może zostawić sobie trochę czasu, bowiem już z daleka
rozpoznajemy w świetle reflektorów rozkołysany szereg. Przynajmniej
dziesięciu ludzi w poprzek ulicy. Wszystko marynarze w kulanich.
Gdy podjeżdżamy bliżej, widzę, że wszyscy mają penisy na
wierzchu.
Stary trąbi. Szereg dzieli się i przejeżdżamy wśród sikającego
szpaleru.
– Nazywają to polewaczką… To wszystko ludzie z naszego okrętu.
Z tyłu mamrocze coś główny mechanik.
– Inni są w burdelu – mówi dowódca. – Tam na pewno teraz duży
ruch. Merkel również jutro wychodzi.
Przez dobre tysiąc metrów nie widzimy nikogo. Potem w
reflektorach pojawia się wzmocniony patrol żandarmerii.
– Mam nadzieję, że jutro nie będzie nikogo brakowało – dolatuje
mnie głos z tyłu. – Kiedy są schlani, łatwo o drakę z blacharzami.
– Nie rozpoznają własnego dowódcy – burczy Stary pod nosem. –
To już szczyt wszystkiego!
Jedzie teraz wolniej.
– Całkiem świeży to ja też nie jestem – mówi, na pół się odwracając.
– Trochę za dużo uroczystości jak na jeden dzień. Najpierw pogrzeb w
bazie dziś rano… Ten bosman, którego rąbnęło podczas nalotu na
Cháteauneuf. A na pogrzebie znowu nalot z tym całym bam-bum. To się
nie godzi: na pogrzebie! Pelotka strąciła trzy bombowce.
– I co było jeszcze? – pytam.
– Dzisiaj nic więcej. Ale wczorajsze rozstrzelanie jeszcze czuję w
żołądku. Dezercja. Jasna sprawa. Motorzysta. Dziewiętnaście lat. Nie
mówmy o tym. A później, po południu, świniobicie w „Majesticu”.
Pomyślane zapewne jako rozrywka. Czernina czy jak się to tam
nazywa… Nie smakowało nikomu.
Stary zatrzymuje się przed lokalem, tam gdzie na murze ogrodu
wypisano metrowej wielkości literami BAR ROYAL. Jest to betonowa
budowla w kształcie statku między ulicą nadbrzeżną i wychodzącą pod
ostrym kątem z sosnowych lasów boczną drogą. W poprzek budynku
sterczy oszklone piętro jak wielki pomost statku.
W „Bar Royal” występuje Monika. Alzatka, której niemczyzna
ogranicza się do ułomków żołnierskiego żargonu. Czarnowłosa,
czarnooka, pełna temperamentu kluska z piersiami. Poza nią jako
atrakcja służą trzy kelnerki w głęboko wyciętych bluzkach i
trzyosobowa orkiestra: bezbarwni, wystraszeni faceci, z wyjątkiem
perkusisty, Mulata, któremu jego funkcja wyraźnie sprawia
przyjemność.
Organizacja Todta zarekwirowała lokal i kazała go wymalować.
Teraz jest to mieszanka fin de siecle’u i Domu Niemieckiej Sztuki.
Malowidło ścienne nad podium dla orkiestry przedstawia pięć zmysłów
albo gracje. Pięć gracji – trzy gracje? Dowódca flotylli odebrał zakład
organizacji Todta, motywując to w tym stylu: „Żołnierze okrętów
podwodnych potrzebują odprężenia… Oficerowie okrętów podwodnych
nie mogą ciągle siedzieć w burdelu… Powinniśmy stworzyć
wznioślejszą atmosferę dla naszych ludzi!”
„Wznioślejszą atmosfera” składa się z postrzępionych dywanów,
wytartych skórzanych foteli, wylakierowanych na biało drewnianych
sztachetek ze sztuczną winoroślą á la Rüdesheim na ścianach,
czerwonych abażurów na kinkietach i spłowiałych zasłon z czerwonego
aksamitu na oknach.
Plik z chomika:
bibliotenka
Inne pliki z tego folderu:
Robert Louis Stevenson - Pawilon na torfowisku.zip
(1127 KB)
Irving Stone - Grecki skarb.djvu
(3239 KB)
Swietłana Aleksijewicz - Czasy secondhand.djvu
(2045 KB)
Ariel Dorfman - Niania i góra lodowa.djvu
(2024 KB)
Kurt Vonnegut - Recydywista.djvu
(1416 KB)
Inne foldery tego chomika:
audiobooki
czasopisma
Ekranizacje
gotowe
inne
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin