Alice Munro - Uciekinierka (do korekty).doc

(1262 KB) Pobierz
Alice Munro

Alice Munro

 

UCIEKINIERKA

Przełożyła: Alicja Skarbińska-Zielińska

 

Pamięci moich przyjaciółek

Mary Carey

Jean Livermore

Meldy Buchanan

 

Uciekinierka

 

Carla usłyszała nadjeżdżający samochód, nim jeszcze poko­nał niewielkie wzniesienie na drodze, które nazywano tu wzgórzem. „To ona" - pomyślała. „Pani Jamieson - Sylvia -wraca z wakacji w Grecji". Przez drzwi stajni, ale stojąc w głę­bi, tak aby nie było jej widać, obserwowała drogę, którą mu­siała przejechać pani Jamieson. Jej dom stał kilkaset metrów dalej, za domem Clarka i Carli.

Gdyby to do nich ktoś jechał, już teraz musiałby zwolnić przed skrętem w ich bramę. Carla wciąż miała nadzieję. „Niech to nie będzie ona".

To była ona. Pani Jamieson raz, prędko, spojrzała w bok, za­absorbowana manewrowaniem między koleinami i kałużami na żwirowanej drodze, ale nie uniosła ręki znad kierownicy, czyli nie zauważyła Carli. Carla spostrzegła błysk opalonego, nagiego ramienia, jaśniejszych niż przedtem włosów, bardziej teraz białych niż srebrzystoblond, i wyraz twarzy - zdecydo­wany, zirytowany i rozbawiony własną irytacją - tak typowy dla pani Jamieson podczas zmagania się z tą drogą. W tym jej szybkim spojrzeniu Carla zauważyła coś jakby zaciekawienie, nadzieję, i aż się cofnęła.

No, tak.

Może Clark jeszcze nie wiedział. Jeśli siedział przy kompute­rze, to tyłem do okna i do drogi.

Pani Jamieson mogła jednak znowu wyjechać z domu. Może po drodze z lotniska nie wstąpiła do sklepu po jedzenie i dopiero na miejscu zorientuje się, co trzeba kupić. Wtedy Clark może ją zobaczyć. A po ciemku będzie widać światła w jej domu. Ale w lipcu późno robi się ciemno. Może pani Jamieson będzie tak zmęczona, że pójdzie wcześnie spać i w ogóle nie zapali lampy. Z drugiej strony może zadzwonić. Lada chwila.

Tego lata padało i padało. Deszcz od samego rana głośno bęb­nił w dach ich ruchomego domu. Ścieżki przykrywało błoto, dłu­gie źdźbła trawy nasiąkły wodą, a z liści spadały nagłe strużki nawet wtedy, kiedy deszcz nie padał i wydawało się, że się przejaśnia. Carla za każdym razem, gdy wychodziła z domu, wkładała wysoki australijski filcowy kapelusz z szerokim ron­dem i wtykała swój długi i gruby warkocz za kołnierz koszuli.

Nikt się nie zgłaszał na przejażdżki terenowe, mimo że Carla i Clark rozwiesili ogłoszenia na wszystkich kempingach, w ka­wiarniach, na tablicy ogłoszeń biura turystycznego i wszędzie, gdzie im tylko przyszło do głowy. Na lekcje przyjeżdżało zaled­wie kilku uczniów, tych samych co zawsze, a nie całe grupy dzieci z obozów letnich organizowanych w okolicy, jakie były dla nich źródłem zarobku poprzedniego lata. I nawet ci stali uczniowie, na których liczyli, opuszczali lekcje z powodu wa­kacyjnych wyjazdów albo zwyczajnie odwoływali je przez tę paskudną pogodę. Jeśli dzwonili zbyt późno, Clark i tak obcią­żał ich opłatą za zajęcia. Kilka osób zaprotestowało i całkiem zrezygnowało.

Wciąż mieli pieniądze za trzymanie trzech obcych koni. Te trzy i ich cztery były teraz na polu, grzebały w trawie pod drzewami. Wyglądały, jakby nic ich nie obchodziło, że deszcz na chwilę ustał, tak jak często zdarzało się to po południu. W sam raz, aby nabrać nadziei - chmury rozjaśniały się i rzed­niały, przepuszczając rozproszoną jasność, która nigdy nie sta­wała się prawdziwym światłem słonecznym i zwykle znikała przed kolacją.

Carla skończyła czyścić stajnię. Nie spieszyła się - lubiła rytm regularnych zajęć, rozległą przestrzeń pod wysokim da­chem stajni, zapach koni. Teraz podeszła do areny, aby spraw­dzić, czy ziemia jest sucha, na wypadek gdyby zjawił się uczeń z lekcji o godzinie piątej.

Zwykle opady nie były zbyt obfite i nie towarzyszył im wiatr, ale poprzedniego tygodnia powietrze nagle zawirowało, gwałtowny podmuch wichury przeleciał przez wierzchołki drzew i nadeszła niemal pozioma ulewa. Burza nie trwała dłu­żej niż kwadrans, lecz na drodze zostały połamane gałęzie, a wiatr zerwał linie wysokiego napięcia i zniszczył kawał pla­stikowego dachu nad areną. Na końcu toru pojawiła się kału­ża przypominająca małe jeziorko i Clark do późna kopał kanał, aby odprowadzić wodę.

Dachu wciąż nie naprawiono. Clark rozciągnął siatkę, aby konie nie wchodziły w błoto, a Carla wytyczyła krótszy tor.

Clark szukał właśnie w internecie jakiegoś miejsca, gdzie mógłby kupić materiał do naprawy dachu. Jakiegoś punktu sprzedaży z cenami na miarę ich możliwości albo kogoś, kto ma taki materiał na zbyciu. Nie zamierzał iść do miasta, do sklepu z materiałami budowlanymi Hy'a i Roberta Buckleyów, który nazywał Rozbojem w Biały Dzień, bo nie dość, że był im winien kupę forsy, to jeszcze ostro się z nimi pokłócił. Clark kłócił się nie tylko z tymi, którym był winien pienią­dze. Jego początkowo przyjacielskie nastawienie mogło się na­gle diametralnie zmienić. Tam, dokąd sam nie chciał chodzić z powodu jakiejś awantury, wysyłał Carlę. Jednym z takich miejsc była drogeria. Jakaś staruszka wepchnęła się przed nim do kolejki, to znaczy wróciła po coś, czego zapomniała kupić, i nie stanęła na końcu, tylko przed Clarkiem, a on zwrócił jej uwagę. „Ona ma rozedmę płuc" - powiedziała mu kasjerka. „Naprawdę? A ja mam hemoroidy" - odparł Clark, na co zawo­łano kierownika, który upomniał go za niestosowne zachowa­nie. W barze kawowym przy autostradzie Clark nie dostał re­klamowanej zniżki na śniadanie, ponieważ minęła już jedena­sta. Najpierw sie wykłócał, a potem rzucił na podłogę kubek z kawą, którą wziął na wynos, i o mało nie oparzył dziecka w wózku. Upierał się, że dziecko było daleko, a on niechcący upuścił kubek, bo nie dostał na niego specjalnej obrączki. Usły­szał na to, że o nią nie poprosił, i odburknął, że powinien był dostać bez proszenia.

- Zbyt łatwo wpadasz w złość - stwierdziła Carla.

- Jak wszyscy faceci.

Nic mu nie powiedziała na temat jego kłótni z Joy Tucker. Joy, bibliotekarka z miasta, trzymała u nich swego konia - poryw-czą małą kasztankę Lizzie, którą w przypływach dobrego hu­moru nazywała Lizzie Borden. Wczoraj przyjechała w bardzo złym humorze i miała pretensje o wciąż nienaprawiony dach i kiepski wygląd Lizzie, który mógł być oznaką przeziębienia.

Lizzie oczywiście nic nie dolegało. Clark - wyjątkowo jak na niego - starał się udobruchać Joy. Ale tym razem to ona wpa-

10dła w złość i stwierdziła, że ich miejsce przypomina wysypisko śmieci i że Lizzie zasługuje na coś lepszego, na co Clark powie­dział: „Rób se pani, jak chcesz". Joy na razie jeszcze nie zabra­ła konia, choć Carla spodziewała się, że to zrobi. Za to Clark, który wcześniej traktował kasztankę jak swoje ulubione zwie­rzę, nie chciał już się nią zajmować. W rezultacie urażona Liz­zie narowiła się podczas treningów i buntowała się, kiedy trze­ba jej było wyczyścić kopyta. Carla robiła to codziennie, aby nie dopuścić do grzybicy; musiała uważać, żeby Lizzie nie chapnęła jej zębami.

Carlę najbardziej martwiło jednak zniknięcie Flory, małej białej kózki, która w stajni i w terenie dotrzymywała koniom towarzystwa. Nie pokazała się od dwóch dni. Carla obawiała się, że dopadły ją dzikie psy albo kojoty, a może nawet niedź­wiedź.

Flora śniła się jej przez dwie poprzednie noce. W pierwszym śnie podeszła do łóżka z czerwonym jabłkiem w pysku, nato­miast w drugim na widok Carli uciekła. Utykała, jakby coś jej się stało w nogę, ale i tak uciekała. Dobiegła do barykady z drutu kolczastego, która wyglądała jak przeniesiona z pola bitwy, mimo zranionej nogi prześlizgnęła się między drutami jak jakiś biały węgorz i znikła.

Konie wcześniej zauważyły, że Carla przeszła przez arenę, i wszystkie podeszły do ogrodzenia - przemoczone, choć były przykryte nowozelandzkimi derkami - tak, aby zwrócić na sie­bie jej uwagę, kiedy będzie wracać. Po cichu przeprosiła, że przyszła z pustymi rękami. Pogłaskała je po szyjach i potarła im chrapy, pytając, czy nie wiedzą, co się stało z Florą.Grace i Juniper prychnęły i trąciły ją nozdrzami, jakby wie­działy, o co chodzi, i dzieliły jej niepokój, ale zaraz wcisnęła się między nie Lizzie i odtrąciła łeb Grace od łagodnej ręki Carli. Na dodatek złapała jej dłoń zębami i Carla musiała na nią nakrzyczeć.

Jeszcze trzy lata wcześniej Carla nie zwracała uwagi na ru­chome domy. Nawet ich tak nie nazywała. Podobnie jak jej ro­dzice uważała to określenie za pretensjonalne. Niektórzy lu­dzie mieszkają w przyczepach kempingowych i tyle. Jedna przyczepa niczym się nie różni od drugiej. Kiedy się tu przepro­wadziła, kiedy wybrała takie życie z Clarkiem, zobaczyła spra­wy w innym świetle. Zaczęła mówić o „ruchomych domach" i przyglądać się, jak inni je sobie urządzili. Jakie powiesili fi­ranki, jak pomalowali listwy, co sobie dobudowali - patio, do­datkowe pomieszczenia, ambitne tarasy. Nie mogła się docze­kać, kiedy sama się tak urządzi.

Początkowo Clark zgadzał się na jej pomysły. Zrobił nowe schodki i długo szukał do nich starej poręczy z kutego żelaza. Nie narzekał, że Carla wydaje pieniądze na farbę do kuchni i łazienki czy na materiał na zasłonki. Remont nie bardzo jej się udał - wtedy jeszcze nie wiedziała, że przed malowaniem trzeba zdjąć z zawiasów drzwiczki do szafek. Albo że trzeba podszyć zasłonki, które i tak już dawno wypłowiały.

Clark sprzeciwił się jednak zerwaniu i wymianie wykładzi­ny, identycznej we wszystkich pomieszczeniach, a na tym Car­li najbardziej zależało. Wykładzina składała się z małych brą­zowych kwadratów, a na każdym z nich powtarzał się wzór

12z ciemniejszych brązowych, rdzawych i beżowych esów-ilore-sów i nieregularnych kształtów. Długo myślała, że na każdym kwadracie te wzory są takie same, ale kiedy miała więcej, wręcz bardzo dużo czasu, aby im się przyjrzeć, doszła do wnio­sku, że łączą się, po cztery, w jednakowe, większe kwadraty Czasem łatwo odróżniała granice między kwadratami, a cza­sem musiała im się uważnie przyglądać.

Robiła to, kiedy padał deszcz, zły nastrój Clarka wypełniał całe pomieszczenie, a on sam nie zwracał uwagi na nic oprócz ekranu komputera. Ale wtedy najlepiej było znaleźć sobie ja­kieś zajęcie w stajni. Konie nie patrzyły na nią, gdy była nie­szczęśliwa, jedynie Flora, której nigdy nie uwiązywano, pod­chodziła i ocierała się o Carlę, spoglądając na nią z wyrazem nie tyle sympatii, co koleżeńskiej kpiny w błyszczących, żółto­zielonych oczach.

Flora była młodym koźlęciem, kiedy Clark przyprowadził ją do domu z jakiejś fermy, dokąd poszedł się targować o koński sprzęt. Właściciele zamierzali zrezygnować z wiejskiego życia, a przynajmniej z hodowli zwierząt. Sprzedali konie, ale nie udało im się pozbyć kóz. Clark słyszał, że koza wprowadza w stajni poczucie spokoju i komfortu, i sam chciał się o tym przekonać. Zamierzali pewnego dnia Florę rozmnożyć, nigdy jednak nie pojawiły się żadne znaki, że już do tego dojrzała.

Z początku była ulubienicą Clarka, wszędzie za nim chodzi­ła i nieustannie domagała się jego uwagi. Była zwinna, zgrab­na i ruchliwa jak kociak, a jej podobieństwo do prostolinijnej, zakochanej dziewczyny śmieszyło ich oboje. Jednakże w miarę upływu czasu Flora coraz bardziej przywiązywała się do Carli, a jednocześnie stawała się mądrzejsza, mniej płochliwa i nabie­rała bardziej powściągliwego i ironicznego poczucia humoru. W stosunku do koni Carla zachowywała się opiekuńczo, suro­wo i po matczynemu, ale jej kontakt z Florą był zupełnie inny; koza nie pozwalała jej na okazywanie poczucia wyższości.

- Wciąż ani śladu Flory? - spytała, ściągając buty, które za­wsze wkładała do stajni.

Clark zamieścił ogłoszenie w internecie.

- Na razie nie - odparł dość przyjacielskim tonem, choć wy­raźnie był zaabsorbowany własnymi myślami. Po czym któryś już raz stwierdził, że może Flora poszła poszukać sobie kozła.

Ani słowa o pani Jamieson. Carla włączyła czajnik. Clark nu­cił pod nosem; często to robił, siedząc przed monitorem.

Czasem rozmawiał z komputerem. „Bzdura" - mówił, odpo­wiadając na jakieś wyzwanie. Albo się śmiał, choć gdy Carla pytała, nie potrafił powiedzieć, co go tak rozśmieszyło.

- Chcesz herbaty? - zawołała, a Clark, ku jej zdumieniu, wstał i przyszedł do kuchni.

- No - powiedział. - No, Carla.

- Co?

- No, zadzwoniła. 

- Kto?

- Jej wysokość. Królowa Sylvia. Właśnie wróciła.

- Nie słyszałam samochodu.

- Nie pytam, czy słyszałaś.

- Po co dzwoniła?

- Chce, żebyś przyszła i pomogła jej sprzątać. Tak powiedzia­ła. Jutro.

14- Co jej odpowiedziałeś?

- Że oczywiście przyjdziesz. Ale lepiej zadzwoń i potwierdź.

- Nie wiem po co, jeśli już się zgodziłeś - stwierdziła Carla. Nalała herbaty do kubków. - Posprzątałam cały dom przed jej wyjazdem. Nie mam pojęcia, co tam jest tak od razu do roboty.

- Może jak jej nie było, weszły jakieś czarnuchy i narobiły bałaganu. Nigdy nic nie wiadomo.

- Nie muszę do niej dzwonić akurat w tej chwili - powie­działa. - Chcę się napić herbaty i wziąć prysznic.

- Im prędzej, tym lepiej.

- Musimy się wybrać do pralni. Ręczniki nawet po wyschnię­ciu śmierdzą zgnilizną - oznajmiła Carla, idąc z herbatą do ła­zienki.

- Nie zmieniamy tematu, Carla.

Nawet kiedy już weszła pod prysznic, stanął przed drzwiami i zawołał:

- Nie odpuszczę ci, Carla.

Wychodząc, myślała, że wciąż będzie tam tkwił, ale on wró­cił do komputera. Ubrała się jak do miasta - miała nadzieję, że jeśli wyjdą z domu, pojadą do pralni, wstąpią do kawiarni, to może uda im się porozmawiać inaczej i dojść do porozumienia. Energicznym krokiem weszła do pokoju i objęła Clarka od tyłu. Ale gdy tylko to zrobiła, zalała ją fala żalu - pewnie to ciepły prysznic wyzwolił łzy - i pochyliła się nad nim z płaczem.

Zdjął ręce z klawiatury, ale się nie ruszył.

- Nie złość się na mnie - poprosiła.

- Nie złoszczę się, tylko nie znoszę, kiedy się tak zachowujesz.

- Zachowuję się tak, bo się złościsz.

15- Nie mów mi, co robię. Dusisz mnie. Zrób kolację.

Poszła do kuchni. Teraz było już jasne, że uczeń z lekcji o piątej nie przyjdzie. Carla wyjęła kartofle i zaczęła je obie­rać, ale nie mogła powstrzymać łez i nie widziała, co robi. Wytarła twarz papierowym ręcznikiem, urwała jeszcze ka­wałek i wyszła na deszcz. Nie poszła do stajni, bo bez Flory było tam bardzo smutno. Ruszyła ścieżką w stronę lasu. Konie były na drugim wybiegu. Podeszły do ogrodzenia i bacznie się jej przyglądały. Oprócz Lizzie, która trochę prychała i wierz­gała, wszystkie miały dość rozumu, by zauważyć, że Carla jest myślami gdzie indziej.

Wszystko zaczęło się, kiedy przeczytali nekrolog, nekrolog pana Jamiesona. Ukazał się w miejskiej gazecie, a fotografia zmarłego pojawiła się w wieczornych wiadomościach. Jeszcze rok wcześniej znali Jamiesonów jedynie jako sąsiadów, którzy trzymali się na uboczu. Ona uczyła botaniki na uczelni odda­lonej o ponad sześćdziesiąt kilometrów i w związku z tym spę­dzała wiele czasu w drodze. On był poetą.

Tyle wszyscy wiedzieli. Pan Jamieson zajmował się jednak różnymi rzeczami. Jak na poetę i człowieka w podeszłym wie­ku - był chyba ze dwadzieścia lat starszy od pani Jamieson -żył aktywnie i wyglądał na wytrzymałego. Ulepszył na swoim terenie system odwadniający, czyszcząc kanał i wykładając go kamieniami. Przekopał ziemię, założył ogród warzywny i oto­czył go płotem, wyciął ścieżki w lesie, zajmował się domowy­mi naprawami.

16Sam dom byt dziwnym budynkiem o trzech ścianach, który pan Jamieson wybudował przed laty, z przyjaciółmi, na funda­mentach zniszczonej fermy. Tych ludzi nazywano hipisami, choć pan Jamieson był na to trochę za stary, nawet jeszcze za­nim pojawiła się pani Jamieson. Podobno hodowali w lesie ma­rihuanę, sprzedawali jq, a pieniądze chowali w zamkniętych szklanych słoikach zagrzebanych w ziemi. Clark słyszał o tym od ludzi, których poznał w mieście. Mówił, że to bzdury.

- Inaczej już dawno ktoś by tam poszedł i je wykopał. Znale­ziono by sposób, żeby zmusić go do pokazania tych miejsc.

Carla i Clark, kiedy przeczytali nekrolog, dowiedzieli się, że Leon Jamieson pięć lat przed śmiercią dostał dużą nagrodę pieniężną. Nagrodę za poezję. Nikt o tym wcześniej nie wspo­minał. Wyglądało na to, że ludzie są w stanie uwierzyć w pie­niądze za trawkę schowane w słoikach, ale nie w pieniądze za pisanie wierszy.

Wkrótce potem Clark powiedział:

- Moglibyśmy zażądać, żeby nam zapłacił.

Carla od razu wiedziała, o czym mówi, ale potraktowała to jako żart. -Już za późno - stwierdziła. -Jak nie żyjesz, nie możesz płacić.

- On nie może, ale ona tak.

- Pojechała do Grecji.

- Nie na zawsze....

Zgłoś jeśli naruszono regulamin